niedziela, 30 marca 2014

Rozdział 8

 Dziewczyna szybko oderwała się od niego, a swój wzrok skierowała ku szafie. Widniało na niej lustro. W jego odbiciu dostrzegła siebie i Olivera. Miała rozmazany makijaż, a oczy wskazywały na to, jakby nie spała przez poprzednie kilka dni. Chłopak zaś wciąż wpatrywał się w nią czekając na jakąś odpowiedź. Ta poczuła silne ukłucie w gardle, które uniemożliwiły jej chwilowo odpowiedź. W końcu przeniosła wzrok na niego i wzięła głęboki wdech.
– Julka to córka mojej ciotki – odparła niepewnie.
– A co ty masz z nią wspólnego?
– Jako jedyna znam jej ojca. Ciotka nie chce aby dowiedziała się prawdy. Jest jeszcze mała i zapewne tego nie zrozumie, ale według mnie zasługuje na to aby znać swojego ojca – mówiła jednym tchem. Oliver wytarł błąkającą się łzę na jej policzku i chwycił podbródek, aby mogła na niego spojrzeć.
– Myślę, że powinna poznać prawdę, ale o tym zdecyduje tylko jej matka. Możesz z nią pogadać, ale jeśli dziecko jest jeszcze małe, to nie ma sensu o tym mówić. Chociaż powinna mieć przy sobie ojca... A jaki on jest?
– Nie znam go za bardzo. Wiem tylko, że jest parę lat od niej starszy, no i byli ze sobą kilka miesięcy. Nie powiedziała mu o ciąży.
– Nie powinnaś się tym przejmować. To przecież ich sprawy.
– Tak, ale Magda jest moją przyjaciółką. Jest dla mnie jak siostra, w przeciwieństwie do Laury...
– Rozumiem to, ale uwierz mi. To czy ona powie zależy tylko od niej i ty nie powinnaś się w to mieszać – odgarnął jej włosy z twarzy. Wtuliła się w jego pierś, a on ją objął. Czuł, że teraz uda mu się jej pomóc. W końcu dopuściła go do siebie, chociaż miał dziwne przeczucie, że coś przed nim ukrywa. Nie zamierzał dalej dopytywać, gdyż musiała naprawdę wiele poświęcić, aby powiedzieć mu o tym. Tyle wystarczyło jak na razie, a jeśli będzie chciała powiedzieć więcej, to zrobi to wedle własnej woli. On nie chciał już nalegać.
– Na pewno jesteś głodna – powiedział po chwili. – Pójdę zrobić coś do jedzenia. W łazience są ręczniki, więc jeśli chcesz wziąć prysznic to drzwi są naprzeciwko pokoju – ostatni raz ją przytulił, a na jej skroni złożył delikatny pocałunek. Wstał i udał się w stronę kuchni, aby przygotować śniadanie. Słysząc słowo „dziękuje”, które wypowiedziała niepewnie dziewczyna, uśmiechnął się pod nosem i zniknął za drzwiami.
 Iza przez chwilę jeszcze siedziała i patrzyła się w pustą framugę. Nie mogła uwierzyć w to, że otworzyła się przed nim. Dlaczego to zrobiła? Dlaczego po prostu nie wyszła bez żadnych wyjaśnień tak, jak już się jej to wcześnie zdarzało?
 Wstała i sięgnęła po torebkę, z której wyciągnęła paczkę papierosów. Otworzyła okno i zapaliła jednego szluga. Znowu opuściła szkołę. Ostatnio coraz częściej się jej to zdarzało. Ale teraz miała to gdzieś. Po rozmowie z ciemnowłosym czuła się lepiej. To spotkanie dało jej dużo do myślenia. Przede wszystkim chciała rzucić szkołę. Teraz potrzebowała dużo pieniędzy, więc praca nie idzie w towarzystwie z nauką. Najwyżej pójdzie do zawodówki tak, jak Maciek.
 Ponownie sięgnęła po torebkę, z której wyciągnęła kosmetyczkę i telefon. Uśmiechnęła się widząc, że przyjaciel się o nią martwił. Kilka nieodebranych połączeń i nieprzeczytanych wiadomości od niego. Niestety, żadna troska ze strony rodziny.
 Ona już nie miała rodziny, tylko ludzi z którymi mieszka i którzy ją utrzymywali.
 Odpisała szybko chłopakowi, żeby się nie martwił i oczywiście, że jest cała. Po krótkim namyśle napisała kolejną wiadomość, że wpadnie wieczorem do baru, gdzie pracował. W tym tygodniu przychodził do pracy po osiemnastej i zostawał do zamknięcia lokalu, więc mogli pogadać. Miała mu dość sporo do opowiedzenia. Przede wszystkim chciała go poinformować o jej nowych planach. Wiedziała, że nie spodoba się mu to, ale będzie ją wspierał w tym. I to było dla niej najważniejsze.
 Chwyciła kosmetyczkę i udała się do łazienki. Pomieszczenie było ciemno umeblowane. Czarne, matowe kafelki, a do tego białe meble. Na pralce znajdowały się dwa białe ręczniki, a obok nich nowa szczoteczka i jakieś ciuchy. Zmarszczyła brwi sięgając po nie. Były to damskie ciuszki, więc skąd on je wziął? Po chwili uświadomiła sobie to, że należą one do jego byłej dziewczyny.
 Chciała je odrzucić, ale zauważyła, że są nowe. Metka wciąż była do nich doczepiona, jednak w połowie urwana. Właśnie tam, gdzie powinna znajdować się cena. Iza oderwała resztki papieru i położyła je z powrotem na pralkę. Musiała przyznać, że jeśli to Oliver je wybierał, to rzeczywiście miał niezły gust. Ładna czerwona koszulka w kratę idealnie pasowała do jasnych jeansów, które dla niej przygotował.
 Wzięła prysznic, a wszystkie wczorajsze brudy znikły. Czuła się świeżo i czysto. Na umywalce leżała suszarka, więc pozwoliła sobie na wykorzystanie jej. Kilka minut później miała już suche włosy i była ubrana w nowe ciuchy. Umyła zęby nową szczoteczką, a ze swojej kosmetyczki wyciągnęła tusz do rzęs, którym pomalowała sobie oczy. Na usta nałożyła pomadkę, a policzki dostały odrobinę różu. Spojrzała na siebie w lustrze i uśmiechnęła się. Nie wyglądała już tak źle. Wzięła swoje ciuchy i wróciła do pokoju, gdzie włożyła je do torby. Zeszła na dół do kuchni, gdzie poczuła przyjemny zapach jedzenia. Oliver stał przy kuchence energicznie mieszając coś na patelni. Odwrócił się słysząc, jak schodzi ze schodów.
– Kawy? – Zapytał uśmiechając się.
– Nie dzięki, nie piję kawy, ale mam nadzieję, że masz jakiś sok.
 Chłopak podszedł do lodówki z której wyciągnął dzbanek z sokiem pomarańczowym. Z szafki wyciągnął dwie szklanki i nalał do nich napój. Podał Izie jedną z nich, a druga znalazła się w jego dłoni. Upił kilka łyków i wrócił do gotowania.
– Jak się czujesz? – Zapytał ukradkiem spoglądając na nią. W dłoniach obracała już pustą szklankę.
– Lepiej. Dziękuje ci za wszystko, ale chyba powinnam już wrócić do domu. Matka pewnie się martwi...
– Odwiozę cię, ale najpierw zjemy – przerwał jej.
– Dziękuje – po raz kolejny usłyszał to słowo z jej ust, które wypowiedziała bez żadnego przymusu. Położył dwa talerze napełnione jedzeniem na stole i zaczęli jeść. Iza milczała, co nie podobało się chłopakowi. Nie przywykł do takiej ciszy podczas jakichkolwiek odwiedzin. Postanowił zagadać. Zapytał o ich odwołane spotkanie.
– Znalazłam pracę – powiedziała dziewczyna.
– Po co ci praca? – Zapytał zaciekawiony chłopak. – Nie powinnaś myśleć teraz o nauce? Wiesz, najpierw szkoła, a potem praca.
– Rzucam szkołę – odparła, a Oliver spojrzał na nią zaskoczony, omal nie krztusząc się jedzeniem. – Uświadomiłam sobie kilka rzeczy i wiem, że jeśli teraz tego nie zrobię, to później nie będę miała na to żadnej szansy. Chcę się w końcu od nich wyprowadzić, a mieszkanie kosztuje.
– Więc zamieszkaj ze mną – powiedział ochoczo. – Nie będziesz musiała płacić za nic, tylko dalej chodzić do szkoły.
– Ollie, to naprawdę miło z twojej strony, ale myślę, że to już lekka przesada. Nie znasz mnie i chcesz żebyśmy razem zamieszkali? A co jeśli okaże się, że jestem złodziejem albo mordercą? Okradnę cię w nocy i zabije... – chłopak zaczął się śmiać.
– Miałaś wiele okazji do zabicia mnie, a jednak tego nie zrobiłaś. W każdej chwili mogłaś też mnie okraść, ale jak widać nic nie zginęło. Myślę, że warto zaryzykować.
– To nie zmienia faktu, że potrzebuję pieniędzy i to dużo.
– Mam nadzieję, że nie na narkotyki – spojrzał na nią uważnie.
– Nie – zapewniła. – Już mi chyba wystarczy tego świństwa. Chociaż palenia nie rzucę...
– A co z alkoholem?
– Też idzie w odstawkę. Mówiłam, teraz jest mi potrzebny każdy grosz, więc nie będę tracić na jakieś bzdety.
– Powiesz chociaż ile potrzebujesz?
– Dużo – uśmiechnęła się tajemniczo.
 Iza nie chciała zagłębiać się w szczegóły. Najważniejsze było to, że potrzebowała pieniędzy, nie tylko na mieszkanie, ale przede wszystkim na życie. Jej pokój u Magdy wciąż na nią czekał. Zamieszkała u niej niedługo po śmierci brata. Matka oczywiście nie miała z tym problemu, że jej córka zniknie. Miała nadzieję, że już nie wróci.
 Jednak ona wróciła po kilku miesiącach. Skończyła szkołę w innym mieście i wróciła, aby ułożyć sobie z powrotem życie. Lecz wspomnienia zbytnio ją przytłaczały, ale teraz to już miał być koniec. Zaczynała od nowa, chociaż w tym samym mieście...

 W domu oczywiście matka zrobiła jej awanturę. Krzyczała i zwyzywała ją od najgorszych. Jednak Iza miała to gdzieś. Trzasnęła drzwiami i zaczęła się pakować. Nie wiedziała gdzie pójdzie. Liczyła, że Maciek ją przygarnie, chociaż na parę dni. Ale wiedziała, że on ma też swoje życie. Więc został jeszcze Lucio, ale do niego nie za bardzo chciała iść. Chociaż kiedyś byli ze sobą razem i nadal coś do niego czuła, to nie chciała się do niego zbliżać. Zwłaszcza, że dobierały się do niego jakieś lafiryndy. Opcja zamieszkania z nim była rzeczywiście dobra... Schowała spakowane walizki do szafy i sięgnęła po telefon.
 Oczywiście zadzwoniła do niego z prośbą o lokum. Chłopak po kilkunastu minutach znajdował się pod jej domem.Wzięła walizki i zeszła na dół. W domu oczywiście nikogo nie było, więc zostawiła matce wiadomość w kuchni. Kartkę z informacją o jej wyprowadzce przypięła do lodówki i wyszła. Lucio z uśmiechem podszedł do niej i czule pocałował. Cieszył się, jak małe dziecko, które dostało upragnioną zabawkę. Otworzył jej drzwi od czarnego bmw i zajęła miejsce pasażera. Schował jej walizki do bagażnika i z piskiem opon odjechała spod domu. Spojrzała jeszcze raz na starą kamienicę i odetchnęła z ulgi. Teraz wszystko miało się zmienić, ale czy na lepsze?




Rozdział 7

      Iza otworzyła zmęczone powieki. Nie musiała oglądać się po pomieszczeniu, aby wiedzieć gdzie się znajduje. Zastanawiała się nad wczorajszymi wydarzeniami. Jedyne co pamiętała to to, że była u Lucia. Wiedziała, że kupiła narkotyki, ale co stało się dalej? Na pewno spotkała Olivera, bo przecież jak inaczej by tu trafiła? Sama nie przyszła, bo w takim stanie nie dałaby rady. Więc skąd on się tam znalazł? I co najważniejsze... Co ona mu powiedziała?
 Odwróciła się na drugi bok i ujrzała chłopaka wpatrującego się w nią. Ręce miał oparte o kolana, a jego oczy z troską się jej przyglądały. Oboje milczeli. Iza nie miała ochoty się odezwać. Tak naprawdę to bała się powiedzieć cokolwiek. A Oliver? W końcu nie wytrzymał.
– Iza... Powiesz mi dlaczego to zrobiłaś? – Zapytał z nadzieją, że mu odpowie.
 Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem nim odpowiedziała. Chociaż była targana emocjami po wszystkich stronach, to odważyła się mu powiedzieć. Ale najpierw wolała się upewnić co on wie.
– Co ja ci wczoraj powiedziałam? – wymamrotała ochrypłym głosem. Oliver przez chwilę siedział cicho. Zastanawiał się czy to właściwe, aby jej o tym mówić. Stwierdził jednak, że zasługuje na jakieś wyjaśnienia.
– Mówiłaś, że kogoś... – zawiesił się na chwilę – zabiłaś.
 Iza poczuła ukłucie w klatce piersiowej. Nie wiedziała jak mogłaby to wyjaśnić i po jaką cholerę to powiedziała. No, ale ziarno zostało zasiane i teraz należało się zebrać plony swoich czynów.
– Dwa lata temu zginął mój brat – powiedziała i zobaczyła w oczach chłopaka współczucie. Ale to było dla niej zbędne. Nie potrzebowała współczucia ani zrozumienia, tylko swojego starszego brata. – Mówiłeś, że matka obwiniała cię za śmierć twojego ojca, ale to nie prawda. Chociaż ty też w końcu się z nią zgodziłeś. To był zwykły przypadek, że mieliście wypadek. U mnie było inaczej. Ja po prostu wydałam na niego wyrok – łzy znowu zgromadziły się w jej oczach, ale tym razem nie pozwoliła im się wydostać. – Gdy miałam piętnaście lat, rodzice coraz dłużej pracowali. Ojciec przyjeżdżał co dwa, trzy tygodnie i zostawał na weekend. Matka jest położną w szpitalu, więc też często jej nie było. Ja i Laura zostawałyśmy pod opieką Feliksa. W tamtym czasie do mojej klasy doszła pewna dziewczyna, z którą się zaprzyjaźniłam – skrzywiła się na to wspomnienie. – Zaczęłyśmy chodzić na imprezy, coraz częściej pić, no i czasem ćpałyśmy. Ona zaczęła kręcić z moim bratem, aż w końcu byli razem. Dzięki niej poznałam Lucia, ale wtedy był jednym z ochroniarzy. Zaprosił nas na imprezę – przerwała na chwilę. – Oczywiście Filip nic o tym nie wiedział. Poszłyśmy i zaczęłyśmy się bawić. Naćpałam się i praktycznie nie kontaktowałam co dzieje się wokół. Koledzy mojego brata rozpoznali mnie i do niego zadzwonili. Przyjechał po mnie, a Alicja po prostu się zmyła. Gdy Feliks przyszedł zaczęłam się awanturować. Wyrywałam się i krzyczałam, aż w końcu pojawiło się kilku ochroniarzy. Zaczęła się bójka. Koledzy Feliksa pomogli mu, jednak nie skończyło się to za dobrze. Przeważali ich liczebnością, więc jeden z nich wyciągnął broń i strzelił w mojego brata. Reszta po prostu uciekła, zostawiając nas samych. Patrzyłam, jak ucieka z niego życie. Wtedy podszedł do nas Lucio i pomógł mi go wsadzić do auta. Zawieźliśmy go do szpitala, ale było za późno. On zginął na moich kolanach. To była moja wina. Znalazł się tam, bo ja tam byłam. I gdyby nie mój upór to by żył, a ja nie staczałabym się z każdym dniem – kolejne łzy spłynęły po policzkach. – Codziennie wracam do tego momentu. Do tego co stało się potem. I zastanawiam się jakby wyglądało moje życie, gdyby Feliks żył. – Zamknęła na chwilę powieki. Widziała swojego brata. Jego wesołą i roześmianą twarz. Brakowało jej jego czułości i bliskości. Nigdy nie narzekała na swoje rodzeństwo. Laura zawsze była przy niej, dopóki nie zginął ich brat. Powiedziała jej prosto w twarz, że to jej wina, gdy ta opowiedziała jej wszystko co wtedy zaszło. Jednak rodzice nie dowiedzieli się prawdy. Nie mieli jej tego za złe, ale najwyraźniej w świecie dawali jej do zrozumienia, że woleliby, aby to ona wtedy zginęła.
 Jakby sama tego nie chciała...
 Jeśli chodzi o Feliksa... był jej najlepszym przyjacielem. Starszy brat wspierał ją we wszystkim. To właśnie za jego namową zaczęła rysować. Woził ją na lekcje plastyki i odbierał. Zapisała się również na tańce. Chłopak zastępował jej rodziców. Chodził na każdy jej występ, za co była mu wdzięczna. Uwielbiała wychodzić na scenę i występować przed tłumem ludzi. Chociaż zawsze odszukiwała wśród nich swojego brata i to właśnie dla niego dedykowała każdy taniec. Wkładała w to całe swoje serce, aby był z niej dumny. I był. Miał utalentowaną młodszą siostrzyczkę. Iza była kreatywna, za to Laura stała się ścisłowcem. W przyszłości chciała zostać lekarze, więc wiązało to się ze znajomością chemii czy biologii.
– Przykro mi – odezwał się Oliver. Iza spojrzała na niego.
– Dlaczego? Przecież to nie była twoja wina. Nie byłeś tam, ani nie znałeś go, więc nie powinno być ci przykro.
– Ale wiem co to znaczy stracić kogoś bliskiego, więc jest mi przykro, że musisz przez to przechodzić. – Usiadł obok niej i przytulił ją do siebie. Nie protestowała, jednak nie miała ochoty płakać. Ostatnio zbyt dużo czasu poświęciła na płakaniu, więc już miała powoli tego dość. Musiała zacząć normalnie żyć. Pogodzić się ze stratą brata. Wtedy po jego śmierci pomógł jej Lucio. Wspierał i troszczył się o jej dobro. Byli razem, jednak po jakimś czasie, zrozumiała, że nie chce być z takim człowiekiem. Narkotyki go zmieniały, tak samo jak i ją. Kochała go, nawet nadal w jakimś stopniu coś do niego czuła, ale wątpiła czy ułożyliby sobie razem życie.
Czy założyliby rodzinę...
– Co jeszcze wczoraj mówiłam? – Zapytała odrywając się od niego.
– Wspominałaś o Julce. Mówiłaś, że ona musi się dowiedzieć prawdy- powiedział Oliver, nie zdając sobie sprawy z tego, jak ona się czuła, słysząc to.







sobota, 29 marca 2014

Rozdział 6

          Ciemnowłosy siedział na kanapie rozmyślając nad ostatnimi wydarzeniami. Wszystkie myśli kierowały go do Izy. Była niesamowita, ale miała problemy. I to dość sporo. Nadużywała alkoholu, nie wspominając o papierosach. Widział, że nie za bardzo układa jej się w życiu, ale przecież teraz miała jego. A on był gotów pomóc. Chociaż ona tego nie czuła, to był świadomy, że między nimi powstała więź. Niezrozumiała dla każdego z nich. Taką samą stworzył kilka lat temu między sobą a Speedy. Ona nie wiedziała dlaczego wtedy do niego podeszła. Po prostu odczuła potrzebę, aby to zrobić. I zrobiła.
 Oliver nie wiedział co by z nim się stało, gdyby nie ona. Dzięki niej skończył szkołę, znalazł pracę, no i teraz miał ułożone życie. Jedynie czasem brakowało mu jego przyjaciółki. Obydwoje przeprowadzili się do Polski, jednak ona musiała wyjechać. To właśnie miał jej za złe. Po prostu odeszła po kilku miesiącach, zostawiając wiadomość, że wróci, gdy załatwi swoje sprawy. Chłopak wiedział, że wiązało się to z wyścigami. Ona żyła nimi. Została do tego stworzona.
 Jego rozmyślenia przerwał dźwięk dzwoniącego telefonu. Spojrzał na wyświetlacz, na którym widniało imię Kamil, jego znajomy z zawodów.
– Siema – powiedział ciemnowłosy do rozmówcy. – Co jest?
– Cześć, słuchaj dzwonię do ciebie, bo widziałem tą twoją nową dupę – odpowiedział śmiejąc się.
 Oliver przez chwilę zastanawiał się o co dokładnie chodzi, nim przypomniało mu się, gdzie pracuje jego kolega.
– Co ona tam robi?
– Właśnie wychodzi z gabinetu Lucia- zaśmiał się. – Kupiła białe...
– Jak? Gdzie ona idzie? – Zmartwił się.
– Czekaj, wyszła. Mam iść za nią?
– Tak, tylko żeby cię nie zauważyła – odparł, a następnie się rozłączył.
 Bez większego namysłu sięgnął po kluczyki, które leżały na stole. Po drodze do garażu chwycił kurtkę. Martwił się o nią. Jeśli miała problemy z narkotykami, to nie było dobrze. Zważywszy na to, że próbowała popełnić samobójstwo. Coś musiało się stać tylko, że ona nie chciała tego powiedzieć. Z nią było gorzej niż kilka lat temu z nim, gdy Speedy mu pomogła. Musiał się śpieszyć, aby do niczego strasznego nie doszło.

 Blondynka weszła do starego, opuszczonego magazynu. Uwielbiała to miejsce. Nikt nie zapuszczał się w tą część miasta, pomimo tego, że wszędzie nadal były budynki. Weszła do środka przez stłuczone okno i skierowała się w stronę schodów. Nie przeszkadzał jej brud i ciemność, która gościła w tym budynku. Widok z dachu był przepiękny, więc przyćmiewał wszystko inne. Na ostatnim piętrze stanęła przed stołem, który został tu wraz z innymi meblami. Ściągnęła z niego folię, ukazując czysty mebel. Wyciągnęła swój ostatni zakup i rozprowadziła po nim. Ułożyła jedną, średniej grubości kreskę. Zwinęła papierek w mały rulonik i przytykając jedno nozdrze, wciągnęła biały proszek. Przez chwilę czuła się dziwnie. Nos strasznie ją swędził i miała ochotę kichnąć, ale się powstrzymała. Wytarła jego resztki z twarzy i schowała wszystko co wcześniej wyciągnęła. Wszystko co wskazywało na czyjąkolwiek obecność, zostało posprzątane. Teraz mogła wyjść na dach. I tak też zrobiła.

 Oliver pędził jak najszybciej do niej. Nie wiedział jeszcze gdzie poszła, ale jechał w stronę klubu, w którym pracował Kamil. Wiedział, że ona daleko nie zajdzie, więc będzie blisko niej. Wciąż miał przed oczami Izą, jak chciała się zabić. To był zwykły przypadek, że wtedy był na tym moście. Z jednej strony cieszył się, że spotkał ją, ale z drugiej żałował, że poznali się w takich, a nie innych okolicznościach. Bał się, że nie zdąży. Tym razem spóźni się i ona zażyje to świństwo. Nie chciał aby stoczyła się jeszcze bardziej. Mogło być już za późno.
 Usłyszał dźwięk telefonu i trochę zwolnił. Sięgnął po niego i zauważył wiadomość:

Od dziesięciu minut jest w starym magazynie niedaleko klubu – napisał chłopak.

 Ciemnowłosy wiedział o jaki magazyn chodzi. Właśnie tam był idealny tor do jazdy. Z piskiem opon zawrócił i udał się w jego kierunku. Po kilku minutach zaparkował pod nim samochód. Zauważył szatyna nonszalancko opierającego się o budynek. W dłoni trzymał papierosa, co chwilę zaciągając się trującym dymem. Podszedł do niego, a ten wskazał mu wejście. Podziękował i wszedł do środka.
 Rozglądał się po pomieszczeniach. Niestety, było zbyt ciemno aby cokolwiek dostrzec. Minął już dwa piętra i nic. Nagle usłyszał jakiś huk dobiegający z góry. Od razu pobiegł w jego stronę. Pokonał ostatni stopień i popchał wielkie, metalowe drzwi, które umożliwiły mu dostanie się na dach. Od razu zauważył Izę. Zrobił kilka kroków w jej stronę i znieruchomiał. Dziewczyna chodziła po niewielkim murku. Była naćpana, więc wystarczył jeden zły ruch i spadłaby w dół. Blondynka stanęła w rogu budynku i odwróciła się. Teraz tępo wpatrywała się w niego.
– Iza... – wyszeptał niepewnie. – Co ty robisz?
– Nie widać? – Odpowiedziała swoim melodyjnym głosem. Uśmiechnęła się bez krzty wesołości, a jej policzki zalśniły. Słone łzy zdążyły już wyschnąć, jednak zostawiły swój ślad na jej twarzy.
– Choć do mnie. Zabiorę cię do domu i ochłoniesz.
– Przestań! – Krzyknęła, a Oliwer drgnął. – Nie potrzebuję ciebie, ani żadnego innego idiotę. Sama świetnie daje sobie radę!
– Dajesz rade? – Zakpił. – Zobacz co ze sobą zrobiłaś. Jesteś naćpana i znów chcesz się zabić? Dlaczego?
– Bo już nie mam dla kogo żyć – odparła zalewając się łzami. Odwróciła się i spojrzała w dół. Było cholernie daleko, ale to jedyna opcja, żeby wydostać się z tego gówna. Zrobiła to co ostatnio. Najpierw wyciągnęła nogę tak, aby ta zawisła nad przepaścią. Gdy miała skierować swoje ciało ku dołowi, one odmówiło posłuszeństwa. Dziewczyna znów zaczęła płakać. Poczuła silne ramiona obejmujące ją i przyciągające do ciała. Oliver wziął ją na ręce i ściągnął stamtąd. Skierowali się ku wyjściowi, gdy ta zaczęła się wiercić i krzyczeć.
– Iza, proszę przestań. Ja chce ci tylko pomóc – prosił chłopak.
– Pomóc? Jak chcesz mi pomóc? Potrafisz cofnąć te pieprzone dwa lata tak, aby nic się wtedy nie wydarzyło?! Żeby on wciąż żył i nie odebrali mi jej? – Zaczęła walić pięściami w jego pierś, a on na to pozwalał. Wyżywała się na nim. Czuła, jak wszystko z niej ustępuje. Złość i rozpacz zamieniały się w bezsilność. W końcu jej ręce opadły wzdłuż ciała. Oliver od razu klęknął przy niej i przytulił do siebie.
– Powiedz mi, co się stało?
– On nie żyje – spojrzała w jego oczy. Pomimo tego, że było ciemno, ona widziała w nich tą niebieską barwę, która strasznie ją intrygowała. – I ja go zabiłam.





środa, 26 marca 2014

Rozdział 5

       

 Każdy zwykły przechodzeń widząc ją stwierdziłby, że blondynka błąkała się bez celu po mieście. Jednak pozory mylą. Iza może i błądziła w myślach, jednak nogi same ciągnęły ją do miejsca. Nawet nie musiała nimi kierować.
 Na dworze było już ciemno i zimno. Dziewczyna miała na sobie tylko cienką kurtkę, więc przyśpieszyła kroku. Czuła delikatny wiatr, który muskał jej twarz. Słone łzy ciekły po policzkach, ale im bliżej była wyznaczonego miejsca, tym coraz mniej płakała. Nie chciała aby On zauważył jej słabość. Tylko Maciek o tym wiedział i tak miało pozostać. Po raz ostatni skręciła w jakąś ulicę. Pomimo tego, że mieszkała już w tym mieście prawie siedemnaście lat, to i tak do końca nie znała nazwy pobliskich ulic.
 Głośna muzyka rozchodziła się wokół ciemnych budynków. Tylko z jednego dobiegało światło. Tam też się udała.
 Wsadziła ręce do kieszeni, uprzednie poprawiając torbę. Teraz zauważyła mały tłumek ludzi, stojących przed lokalem. Ominęła ich i od razu skierowała się do wejścia. Umięśniony, łysy mężczyzna w czarnej koszulce z białym napisem Ochrona tylko zmierzył ją wzrokiem i wpuścił do środka. Za sobą usłyszała kilka sprzeciwów gości, ale nie przejmowała się nimi.
 Światła w środku były przyciemniane. Ściany, jak i wyposażenie lokalu, miało kolor czerwono – czarny. Kilka długich rur wystających z sufitu zostało przywłaszczonych przez tańczące prostytutki. Iza przez chwilę zmierzyła je wzrokiem. Zwinnie wyginały się na rurkach, czym była zdziwiona. Przy niektórych ruchach zastanawiała się, czy te dziewczyny w ogóle mają jakieś kości. Przełamywały zwykłe prawa natury. Nie zastanawiała się dłużej tylko od razu skierowała się do dobrze znanego jej stolika. Skórzana kanapa została zajęta przez mężczyznę i dwie dziwki. Dziewczynie zrobiło się nie dobrze na widok prawie nagich młodych kobiet, migdalących się do Niego. Obydwoma rękami obejmował je, z czego w jednej trzymał papierosa. Zła, stanęła przed nim. Uśmiechnął się.
 – No patrzcie kogo tu przywiało – zaśmiał się.
– Rusz dupę, musimy pogadać – warknęła, przystępując z nogi na nogę.
– Nie możemy tutaj?
– Nie.
  Wstał bez słowa. Wiedział w jakiej sprawie ona przyszła, dlatego też nie chciał przedłużać tego spotkania. Ociągnął się i powolnym krokiem udał się w stronę gabinetu. Iza wiernie szła za nim od czasu do czasu spoglądając na śliniących się mężczyzn. Prychnęła na ich widok. Spojrzenia utkwione w nagim kawałku ciała kobiety. Właśnie w takich momentach to one dominowały nad płcią przeciwną. Mężczyzna kierujący się pożądaniem to nie mężczyzna. Tylko niewolnik, gotowy wypełnić każde polecenie byleby zaspokoić swoje pierwotne potrzeby.
 Minęli kilka stolików i po chwili znajdowali się już w jego gabinecie. Lucio zajął miejsce w skórzanym fotelu, znajdującym się za mahoniowym biurkiem, Iza zaś usiadła naprzeciwko niego w podobnym, ale mniejszym, fotelu.
 Chłopak poczęstował ją papierosem, którego z przyjemnością przyjęła.
– To co zwykle? – Zapytał, na co ona skinęła głową. Z jednej z szuflad wyciągnął małą saszetkę, wypełnioną biały proszkiem. Nie było jego za wiele, ale wystarczyło na jedną zabawę. Wyciągnęła rękę po niego, jednak on szybko ścisnął opakowanie w dłoni.
– Wystarczy tylko jedno słowo, a dostaniesz tego więcej – uśmiechnął się uwodzicielsko.
– Chyba już o tym rozmawialiśmy – odparła zirytowana. – To był tylko jeden raz. Nic nieznaczący seks.
– Nie mów, że nie było ci dobrze – na jego twarzy zagościł łobuzerski uśmiech. – Wciąż pamiętam jak krzyczałaś, gdy w ciebie wchodziłem.
 Iza bez większego namysłu podeszła do niego, wymijając biurko. Usiadła rozkrokiem na jego kolanach i zaczęła namiętnie całować. Jedną rękę wsadziła pod jego koszulę, błądząc po umięśnionym torsie. Lucio, choć zszokowany jej reakcją, nie pozostał dłużny. Jego dłoń spoczęła na plecach dziewczyny, schodząc powoli w dół. Gdy już chwycił za jej pośladki, ta drugą ręką złapała jego dłoń, w której znajdował się narkotyk. Wyrwała paczkę i odsunęła się od niego. Z torebki wyciągnęła wyliczoną kwotę i rzuciła na biurko. Lucio uśmiechnął się triumfalnie.
– Tęsknię – powiedział dwudziestopięciolatek.
 Iza zlustrowała go wzrokiem i uśmiechnęła się. Jego koszula była na górze rozpięta, a w okolicach krocza widniało delikatne wybrzuszenie. Ciemnowłosy poprawił kołnierzyk.
– Żadna nie potrafi cię zaspokoić?
– Dotąd tylko tobie się to udało. Wiesz, że zawsze możesz do mnie wrócić. – Wstał i podszedł do niej. Ujął jej twarz w dłoniach i na ustach złożył namiętny pocałunek. Uwielbiał całować jej malinowe wargi. Były takie delikatne. Czasami wydawało mu się, że dotykał puszystą chmurę.
– Mogę dać ci wszystko – zapewnił Hiszpan. – Mielibyśmy swoje mieszkanie. Nie musiałabyś zajmować się tym gównem i nigdy nie narzekałabyś na brak pieniędzy.
– Luck. Nie – przewróciła teatralnie oczami, ale znowu go pocałowała.
– Wiem, ale gdybyś zmieniła zdanie, ja wciąż czekam. – Ostatni raz ich usta się złączyły w pocałunku przepełnionym pożądaniem. Chłopak oderwał się od niej i wrócił do swojego tronu. W dłoni trzymał szklankę napełnioną alkoholem.
 Iza bez słowa udała się w stronę drzwi. Zatrzymała się w ich progach, gdy usłyszała jego głos.
– Może byś wpadła czasem do mnie? Nie tylko po narkotyki, ale może na...
– Seks? – Przerwała mu, śmiejąc się. – Pomyślę nad tym – posłała mu całusa i wyszła z gabinetu. Napotkała się z zazdrosnymi spojrzeniami prostytutek. Uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła do wyjścia. Czekała ją długa noc, pełna niespodzianek. Jeden wielki prezent trzymała w torebce. Wystarczyło teraz znaleźć tylko odpowiednie miejsce do zażycia tego proszku.
Wiedziała gdzie się udać.





wtorek, 25 marca 2014

Rozdział 4.

           

 Szła do sąsiedniej kamienicy w kierunku dobrze znanego budynku. Otworzyła stare, skrzypiące drzwi i weszła do środka. Na klatce schodowej czuła nieprzyjemny zapach zgnilizny. W końcu to były stare bloki... Stanęła przed ciemnobrązowymi drzwiami, znajdującymi się na trzecim piętrze i głośno w nie zapukała. Po chwili otworzył je zaspany chłopak. Blondyn przetarł dłonią roztrzepane włosy i ziewnął.
– Iza? Co tak wcześnie? – wymamrotał.
– Jest już szósta...
– A no tak – zrobił miejsce, aby mogła wejść. – Chcesz coś do picia?
– Jasne – zlustrowała jego strój. – Mógłbyś chociaż się ubrać – mruknęła idąc w stronę kuchni. Maciek zaśmiał się.
– Nie podobam ci się taki?- zaprezentował się. Wybuchła śmiechem widząc go dumnie pozującego w bokserkach.
– Oj kochanie, wiesz, że uwielbiam oglądać cię nago, ale myślę, że to trochę niestosowne paradując tak przed niepełnoletnią – zaczęła się śmiać widząc jego grymas.
– Ej! – Krzyknął Artur wchodząc do kuchni. – Bo będę zazdrosny- podszedł do blondyna i czule pocałował go w usta. Następnie przywitał się z Izą, składając jej delikatny pocałunek na policzku.
– Widzę, że ostro wczoraj balowaliście – powiedziała dziewczyna na co oni się uśmiechnęli.
 Artur był brązowowłosym dwudziestopięciolatkiem. Jego oczy były koloru zielonego, a usta przybierały delikatny malinowy odcień.
 Sięgnął po kubek, w którym Maciek przygotował sobie kawę i zniknął z uśmiechem. Obrażony blondyn usiadł naprzeciwko niej z nową kawą. Dla Izy jak zwykle przygotował herbatę, gdyż nie przepadała za kofeiną.
– Mów co cię do mnie sprowadza.
– To już nie można od tak odwiedzić przyjaciela?
– Nie kłam. Widzę, że coś się dzieje.
 Dziewczyna głośno westchnęła. Nie potrafiła przed nim nic ukryć. A może nie chciała?
 – Potrzebuję pracy – oznajmiłam po chwili ciszy. Maciek spojrzał na nią zaskoczony.
 – Ej, mała, wiem, że twoja rodzinka ma nie po kolei, ale to nie powód aby się wyprowadzać. Zajmij się szkołą, a potem praca.
 – Ja nie chce się wyprowadzać. Na razie... po prostu potrzebuję więcej kasy i chciałabym sobie trochę dorobić...
 – Co? Kasa na fajki się skończyły? – Pokręcił głową. – Powinnaś to rzucić.
 Zaśmiała się.
– I kto to mówi? Zresztą, nie chce pracować codziennie. Potrzebuję takiej pracy, abym mogła sobie w weekendy dorobić.
 Chłopak zamyślił się.
– W zasadzie to potrzebujemy nowej kelnerki. Emila się zwolniła, więc mogłabyś ją zastąpić. Oczywiście mam nadzieję, że potrafisz obsługiwać pijanych klientów.
– Na prawdę mogłabym tam pracować? – Zapytała niedowierzająco.
– Czemu nie? Przecież już nie raz mi pomagałaś, więc czemu miałbym ci teraz za to nie płacić?
– Dziękuje! – Pisnęła i rzuciła się mu na szyję. Obydwoje wylądowali na ziemi, śmiejąc się wniebogłosy.
– Nie ma mnie kilka minut, a wy już migdalicie się na ziemi? – Zapytał roześmiany Artur, wracając do kuchni.
 Po omówieniu podstawowych zasad pracy w barze, wróciła do domu. Miała zacząć w ten piątek, więc Maciek musiał się zająć papierkową robotą. Wziął pełną odpowiedzialność za nią. Nie chciała żeby matka dowiedziała się, że znalazła pracę. Może i pragnęła się wyprowadzić, i to jak najszybciej, ale musiała najpierw skończyć szkołę.
 Gdy przekroczyła próg domu, napotkała niemiłe spojrzenie rodzicielki.
 – Gdzieś ty była? – Warknęła, a Iza przewróciła oczami.
 – Musiałam coś załatwić – odparła bez większych szczegółów.
– Może uraczyłabyś mnie jakąś wiadomością? Martwiłam się o...
 – Nie bądź śmieszna – przerwała jej. – Pamiętasz naszą umowę? – Przypomniała jej. Gdy dziewczyna kończyła gimnazjum i przydarzył się jej ten nieszczęśliwy wypadek, zawarła z matką układ. Każda miała zająć się sobą i nikt nie wchodził sobie w drogę. Iza miała już dość problemów, a unikanie matki tylko jej pomagało. Z czasem po prostu odrzuciła wszystkich. Zaczynając od siostry. Zamknęła się w sobie i nie dopuszczała nikogo. Okłamała Olivera. Prawda była taka, że tęskniła za Laurą, ale nie chciała się do tego przyznać. Z czasem znienawidziły się i rozmawiały tylko wtedy, gdy któraś potrzebowała coś od drugiej.
 Przyłożyła dłoń do czoła.
 Właśnie przypomniała sobie, że była umówiona z Oliverem na sobotę. Niestety, musiała odmówić to spotkanie. Na prawdę potrzebowała pieniędzy.
 Wyciągnęła książki i spakowała się na jutrzejszy szkolny dzień. Chwyciła piżamę i gdy miała iść do łazienki, ujrzała wystające zdjęcie spod szafy. Widziała tylko jego kawałek, ale i tak wiedziała co się na nim znajduje. Bez większego namysłu chwyciła kurtkę, którą założyła na siebie. Po chwili stała już w oknie na drugim piętrze i zeszła po metalowych schodach przeciwpożarowych. Wiedziała, że ta noc będzie długa. Jedynie czego się bała, to tego, że zrobi coś głupiego. W końcu jej obawy się spełniły.










Kilka słów od autorki :D 
Więc, to jest moje trzecie opowiadanie xd Pierwsze jest Fantasy, drugi Obyczajowy, prowadzę z koleżanką :)
Jeśli chodzi o tego bloga... Chciałam aby był inny niż pozostałe. Mam nadzieję, że poruszę tu naprawdę takie "życiowe" tematy. Ostatnio dużo się nasłuchałam o śmierci i tak jakoś naszła mnie myśl o stworzeniu tego opowiadania. Niektóre tematy są na prawdę bliskie mojemu sercu, dlatego też chciałabym je opisać. Historia w większości wymyślona, chociaż niektóre sceny są dodane z mojego życia. Z czasem to wszystko się zmieni, bo przecież coś musi się dziać xd 
Mam nadzieję, że się wam spodoba <3
A tak wgl, to rozdziały będą często dodawane, chociaż jak widać, już zaczynam tworzyć krótkie :c
No, ale coś za coś : *

Pozdrawiam


Seo

poniedziałek, 24 marca 2014

Rozdział 3

            Iza przez większość drogi miała zamknięte oczy. Zaciśnięte powieki aż prosiły o chwilę odetchnienia. Jednak ona nie chciała dać im tej ulgi. Skarciła się za to, że postanowiła z nim jechać. Podróż trwała zbyt długo, a on jechał zdecydowanie za szybko.
W końcu jej męki się skończyły. Czuła, że chłopak zwalnia aż całkowicie się zatrzymał. Postawił motocykl na nóżkę i zgasił silnik. Dziewczyna nareszcie otworzyła oczy. Nie byli przed jego domem. W ogóle nie wiedziała gdzie się znajdują. Szybko zeszła z tej piekielnej maszyny, a kaskiem cisnęła w chłopaka, który z uśmiechem go złapał.
– Gdzie my jesteśmy? – Spytała głosem przepełnionym obawą. Po raz kolejny pogratulowała swojej inteligencji tego, że pozwoliła jej pojechać z obcym chłopakiem. Teraz właśnie wyszło szydło z worka. On po prostu ją gdzieś wywiózł.
 Rozglądnęła się gorączkowo po bokach. Droga asfaltowa rozciągała się przez kilkanaście metrów po tym zadupiu. Właśnie tak. To było jakieś zadupie! Jeszcze zdążyła zauważyć małą knajpkę kawałek od nich, a dalej pustka. 
– Nie bój się – odparł spokojny. – Mówiłem, że zawiozę cię, ale nie powiedziałem kiedy. Najpierw pójdziemy tam – wskazał ręką knajpę – a potem pojedziemy do mnie. – Nie zważając na sprzeciwy Izy, ruszył w stronę baru.
              Dziewczyna stała i wpatrywała się w oddalającego mężczyznę. Nie rozumiała tego. Czego on mógł od niej chcieć? Nie znała tego miejsca i była skazana na ciemnowłosego. Do domu było zbyt daleko żeby iść na piechotę, więc poszła w jego stronę.
 Gdy weszła do budynku uderzył ją zapach papierosów. Aż sama miała ochotę zapalić. Usiadła w kącie na skórzanej kanapie i spojrzała na Olivera. Uśmiechnął się triumfalnie.
– Co my tu robimy? – zapytała, szukając w torebce papierosów.
– Przyjechaliśmy na obiad – podsunął jej menu. Spojrzała na niego jak na debila. Przejechali taki kawał tylko po to aby coś zjeść?
– Nie jestem głodna – odpowiedziała szybko. Teraz głód nikotynowy przez nią przemawiał.
– Jesteś – uśmiechnął się. – Nie wyjdziemy stąd dopóki coś nie zjesz.
– Czego ty właściwie ode mnie chcesz? Już mam dość tych wszystkich podchodów. Po prostu powiedz to! – oburzyła się.
– Mówiłem. Chcę ci pomóc.
– Nie wierzę.
– Chce wiedzieć dlaczego chciałaś się zabić.
– I?
– I to wszystko – wzruszył ramionami.
 Iza uważnie wysłuchała każdej jego odpowiedzi. Coś jej nie pasowało w tym. Pomijając oczywiście to, że nie wierzyła w jego bezinteresowność. Nie chciał jej pomóc. Przemawiała przez niego ciekawość jej niedoszłym samobójstwem.
– Nie jesteś z Polski, prawda? – Zapytała naglę. Uradowana znaleziskiem w torebce, przysunęła porcelanową popielniczkę bliżej siebie i odpaliła papierosa. Zaciągając się dymem, czuła się znacznie spokojniejsza.
– Nie. Jestem Amerykaninem. Do Polski przeprowadziłem się dwa lata temu. Teraz ty powiedz coś o sobie.
– A może nie chce? Słuchaj, to naprawdę miło z twojej strony, że chcesz mi pomóc, ale ja nie chce tego. Nie potrzebuję.
– Gdybyś nie potrzebowała, to nie chciałabyś się zabić. Każdy potrzebuje pomocy, tylko boi się do tego przyznać. Uwierz mi, przechodziłem przez podobny problem, ale otrzymałem pomoc. I ty ją również dostaniesz.
– Ale ja nie chce! – Krzyknęła, przez co kilku gości zwróciło swoją uwagę na nią. Zawstydzona, schowała się za oparciem od siedzenia. Chłopak widząc to zaśmiał się.
– Nie dam ci spokoju póki ze mną nie porozmawiasz. Lepiej żebyś się nie sprzeciwiała, bo ja nie odpuszczę.
Wytrzeszczyła oczy. Wiedziała, że w portfelu znalazł się nie tylko adres jej szkoły, ale jak i domu. Czyżby zmierzał stać pod jej blokiem tylko po to, aby przyjęła jego pomoc?
– To podchodzi pod prześladowanie – stwierdziła. – Kolejne wykroczenie, które dopisuje do twojej listy.
– To ile tego jest? – zapytał po tym jak przestał się śmiać.
– Nękanie, kradzież, porwanie...
– O przepraszam! Sama tego chciałaś – bronił się.
– Ja? – spytała niedowierzająco.
– No tak. Nie chciałaś wrócić do domu, więc gdzie miałbym cię zabrać?
Faktycznie... W tym stanie nie chciała aby matka ją widziała.
– Dobra, to co chcesz zjeść? – zapytał zmieniając temat.
Spojrzała na kartę dań. Nie było w nim nic ciekawego, więc zamówiła pierwsze lepsze danie – hamburger z frytkami. Oliver zniknął na chwilę, ale zaraz wrócił z napojami.
– No to dowiem się czegoś o tobie? – zapytał zajmując miejsce naprzeciw niej. Przez chwilę zastanawiała się nad tym czy powiedzieć prawdę. W końcu nie mylił się, jeśli chodzi o to, że
człowiekowi lepiej jest się wyspowiadać obcemu, niż przyjacielowi.
– Nie  –odparła po dłuższym namyśle. On już nie był dla niej obcym.
– Dlaczego nie potrafisz mi zaufać? Obiecuję, że nic ci nie zrobię – złożył palce do przysięgi.
– Bo nie chce.
Oliver przez chwilę się zastanawiał nad odpowiedzią. Trochę przytłoczyła go jej odpowiedź, ale rozumiał ją.
– Mam nadzieję, że to się zmieni, bo nie zamierzam dać ci spokój – puścił do niej oczko. Zirytowało to ją. Jego luzerskie podejście było coraz bardziej denerwujące.
– Oliver Linden?! – Usłyszała męski głos za sobą. Odwróciła się i dostrzegła niewiele starszego od siebie bruneta.
– Siema – chłopak uśmiechnął się do niego. Przywitał się podając rękę, która od razu została uściskana. Iza ze zdumieniem patrzyła na wszystko.
– Ej stary jesteś świetny! Mógłbym zrobić sobie z tobą fotkę? – zapytał nieznajomy. Po chwili to właśnie blondynka trzymała aparat i zrobiła im zdjęcie. Chłopak podziękował i zniknął.
– Kim ty właściwie jesteś?! – zapytała zdumiona. Musiał być kimś sławnym skoro ktoś go rozpoznał, prawda? 
– Powiem ci, jeśli i ty mi coś o sobie zdradzisz – posłał jej kolejny uśmiech. Dziewczyna przystanęła na jego propozycję zastrzegając, że ma nie pytać o powód jej próby samobójczej.
– Jestem kierowcą. Teraz ty powiedz mi dlaczego nie chcesz mi zaufać.
- Nie jesteś żadnym wyjątkiem. Ja nikomu nie ufam. Więc ścigasz się?
– Tak. Dlaczego nie ufasz ludziom?
– Bo potrafią tylko ranić – odparła ze łzami w oczach. Gdyby nie to, że kelner przyniósł im zamówione jedzenie, pewnie rozpłakałaby się.
– Nie wszyscy. Część z nich naprawdę chce pomóc. Chociaż masz rację, ludzie potrafią ranić.
– Więc skąd mam mieć pewność, że i ty nie należysz do nich?
– Ja nie potrafiłbym cię zranić. Nikt nie zasługuje na to aby cierpieć.
– I tak po prostu chcesz mi pomóc? Bez żadnych haczyków?
– Obiecuję ci, że chce dla ciebie jak najlepiej.
Iza bacznie się mu przyjrzała. Nie wyglądał na osobę, która chciałaby coś zrobić, ale Alicja, jej była przyjaciółka też tak nie wyglądała. Potrzebowała czasu, aby to zrobić. I tak też mu powiedziała.
– Więc będę czekać – uśmiechnął się.
– To może długo potrwać...
– Mam czas – zapewnił.
– Ale to nie znaczy, że nie musisz nic o sobie mówić. Mógłbyś chociaż coś więcej zdradzić.
– No więc jestem motocrossowcem. Gdzie mieszkam to już wiesz. Jestem sam. Matka została w Stanach, a ojciec nie żyje. To chyba wszystko...
– A co ty robisz w Polsce?
– Przyjechałem, aby zacząć wszystko od nowa. Wiesz, taki nowy start. Nikt cię nie zna, żadnej wyrobionej opinii, po prostu nic.
Iza rozumiała go. Nawet sama chciała tak kiedyś zrobić. Czekała tylko na to, aby skończyć szkołę.
– A ta dziewczyna na zdjęciu w holu? – Nie powstrzymała się przed tym. Była ciekawa kim ona jest. Przecież na pewno nie byli razem, skoro on zerwał z tą szmatą z salonu, dla której najbardziej liczyła się opinia innych.
– To moja przyjaciółka. Speedy – powiedział, a następnie czekał na jej reakcję. Spodziewał się wybuchu śmiechu, ale jej reakcja go zaskoczyła. Iza spojrzała na niego znad talerza.
– Też się ściga? To dlatego tak się nazywa? – spytała zaciekawiona.

***

– Speedy – powiedział dumnie.
Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem, po czym wybuchła śmiechem. Dopiero po kilku sekundach się opamiętała.
– Dlaczego akurat Speedy? – Zapytała swym słodkim głosem. Ręką znów poprawiła grzywkę. Był to jej stały nawyk. Wykonywała go już nieświadomie.
– A dlaczego nie? – Wzruszył ramionami i spojrzał na nią. Przymrużył oko aby lepiej ją dostrzec. Promienie słoneczne trochę mu to uniemożliwiały...
– Szybka? Czy wyglądam na szybką? – Przechyliła głowę do tyłu opierając się o jego ramię.
– Kochasz szybkość – stwierdził po chwili namysłu.
– Kocham wiele rzeczy.
– Ale szczególnie jazdę. Wiatr we włosach, poczucie wolności kiedy zmierzasz po drodze. Przecież motoryzacja to twoja pasja.
– Może – udała zamyśloną. – Moją pasją są też samochody, ale chyba nie nazwiesz mnie jakimś modelem? Głupio byłoby zwracać się do mnie Chevrolet Camaro Hot Wheels 02? Trochę to dziwnie brzmi... – skrzywiła się.
Chłopak się zaśmiał. Przytulił przyjaciółkę i złożył delikatny pocałunek na jej czole.
– A to za co? – Uśmiechnęła się.
– Tak po prostu – na jego twarzy zawitał delikatny rumieniec. To był zwyczajny gest, którym często się obdarowywali. Jednak tym razem było coś innego. Dostrzegł swoją przyjaciółkę... szczęśliwą? Ale przecież ona zawsze taka była. Nie znał pogodniejszej osoby od niej. Tylko, że tym razem to szczęście było inne... – Z kim dzisiaj się ścigasz?
– Z Mesem – jej głos nieco spochmurniał. Nie lubiła, gdy Oliver dowiadywał się o jej wyścigach. Nie przepadał za tym tylko dlatego, że się o nią martwił. Bał się, że może stać się jej krzywda, albo gorzej. Ale przecież ona od lat się ścigała i była dobrym kierowcą...
– Thea, obiecałaś! – Wstał nie chcąc spoglądać na dziewczynę. Ta znowu złamała obietnicę. Chociaż tylko w tej kwestii ją łamała. Inne potrafiła zachować.
 Speedy spojrzała na niego. Nie podzielała jego obaw. On nie rozumiał, że wyścigi to jej drugie życie, a pieniądze zawsze się przydadzą.
– Wiem, przepraszam. Musisz mnie zrozumieć. Sam zresztą powiedziałeś, że ja to kocham, a miłości od tak nie można odrzucić...
– Ale ty od ponad roku próbujesz z tym skończyć! – krzyknął zły. – Ci ludzie stają się coraz bardziej niebezpieczni. Nie wytrzymam, jeśli i ciebie stracę... – przetarł dłońmi twarz. Na myśl o wypadku łzy pojawiły się w jego oczach. Nie chciał płakać.
– To będzie już ostatni raz. Ty razem obiecuję, że skończę z wyścigami- zapewniła. Znajdę sobie zwykłą pracę i nowe mieszkanie. Wszystko będzie dobrze – na jej twarzy ponownie zagościł uśmiech. Ten, który zawsze jej towarzyszył. Chłopak nie potrafił się na nią dłużej gniewać. Po prostu pokręcił głową i usiadł obok niej, obejmując dziewczynę ramieniem.

***

– Skąd się to wzięło?
– Nie wiem, jakoś tak mi przyszło do głowy, ale teraz ty powiedz coś o sobie- zażądał.
– Mam starszą siostrę i przyjaciela który jest w jej wieku, ale na szczęście się nie lubią – uśmiechnęła się pod nosem. – Maciek mieszka niedaleko mnie i pracuje w tym barze z którego mnie zabrałeś.
– To ten barman?
– Nie, ale owszem. Pracuje tam jako barman.
– Więc dlaczego nie lubisz swojej siostry?
– Nie to, że nie lubię. To ona mnie nie cierpi, więc staram się odwzajemniać jej uczucia. Ale wątpię żeby ktoś to rozumiał, skoro nie ma rodzeństwa.
– Właściwie to mam brata, młodszego. Teraz będzie miał czternaście lat, ale nie widzieliśmy się już od ponad pięciu lat. Matka postarała się o to.
– Czyli twoja matka cię nielubi?
– Ona po prostu... obwinia mnie za śmierć ojca. Gdy miałem piętnaście lat poprosiłem go aby mnie zawiózł do miasta. Podczas jazdy mieliśmy wypadek. Pijany kierowca zajechał nam drogę, a my przywaliliśmy w inny samochód. Potem dachowaliśmy – nerwowo obracał szklankę w dłoniach. Na chwilę przerwał. Wspomnienia tego okrutnego dnia, wciąż wywierały na nim nieprzyjemne emocje. Chociaż minęło już kilka lat, nadal nie mógł się z tym pogodzić. A gadka matki w tym nie pomagała. – Ten pijak i ja przeżyliśmy, ale w tym wypadku zginęła jeszcze rodzina z kilkumiesięcznym dzieckiem.
                Iza ze zdumieniem słuchała jego historii. Nie wiedziała co powiedzieć. Chłopak wiele wycierpiał, ale odbił się od dna. Nie stoczył się tak, jak ona powoli zaczynała. Dał radę, gdyż miał wsparcie w tej całej Speedy. I teraz chyba chciał jej to udowodnić. Może rzeczywiście chciał jej pomóc?
– Przykro mi – powiedziała po chwili ciszy.
Oliver spojrzał na nią i delikatnie wygiął kąciki ust do góry, tworząc uśmiech.
– Teraz ty powiesz coś o sobie? O mnie wiesz już prawie wszystko.
– Naprawdę doceniam to, że jesteś wobec mnie szczery, ale jak już wspomniałam, nie mam ochoty ci się spowiadać. Przynajmniej na razie. Chciałabym już wrócić... – poprosiła na co chłopak skinął głową. Zapłacił za jedzenie i po chwili znajdowali się już w jego domu. Nie miała ochoty wchodzić do środka, więc Oliver przyniósł jej zgubę. Gdy zatrzymał się przed jej domem, ściągnął kask i posłał jej zabójczy uśmiech, na który wiele dziewczyn pewnie zemdlałoby, ale nie Iza. Nie robiło to na niej żadnego wrażenia.
– Co robisz w sobotę? – Zapytał, gdy dziewczyna zaczęła szukać kluczy w torebce.
– Mam już plany – odparła stanowczo.
– Nie da się tego przełożyć? – Zrobił minę zbitego psa.
– Zależy co proponujesz – uśmiechnęła się.
– Raczej nie kręcą cię żadne imprezy czy coś podobnego?
– Zdecydowanie nie.
– Więc może wpadniesz do mnie? Przyjadę do ciebie i obejrzymy jakiś film. Co ty na to?
– Kusząca propozycja – udała zamyśloną. Chłopak podszedł do niej i złożył delikatny pocałunek na jej policzku.
– Wpadnę do ciebie o piątej – powiedział, a następnie ruszył machając do niej. Przez chwilę Iza stała w miejscu spoglądając na oddalającą się sylwetkę mężczyzny. Był słodki, to musiała przyznać, ale nic poza tym. Spojrzała na zegarek, który wskazywał osiemnastą. Bez większych przemyśleń ruszyła w stronę sąsiedniej kamienicy.



                                                   


wtorek, 18 marca 2014

Rozdział 2

   Iza wstała ze spuchniętymi oczami. Do późnej godziny płakała, ale do tego już się przyzwyczaiła. Ostatnia noc przed szkołą zawsze tak się kończyła – kilku godzinny płacz, zakrwawione nadgarstki i uczucie pustki zmieszane z bólem. Nie cierpiała szkoły. Budząc się wiedziała, że zaraz czeka ją kolejna wizyta w tym więzieniu.
   Przewróciła się na bok spoglądając na swoje nadgarstki. Długo męczyła się z cieknącą krwią, ale tylko dzięki temu zrozumiała jak bardzo chce żyć. Chociaż w głębi nadal istniała cząstka niej, która za wszelką cenę pragnęła skończyć to wszystko. Była zła na siebie za to, że się uratowała. Przecież wystarczyło tylko usiąść i oddać się w ręce Śmierci. Zamknąć oczy i po prostu zasnąć.
   Usłyszała dzwonek budzika. Zaledwie trzy godziny snu powinny wystarczyć. Wstała szybko i związała swoje blond włosy w koński ogon. Ubrała czarne leginsy, a do tego bluzę w tym samym kolorze. Na nogi założyła adidasy i wyszła na dwór na poranny bieg. Założyła słuchawki na uszy i truchtem udała się w stronę parku. Minęła kilka bloków, w których zapewne domownicy jeszcze spali. Dotarcie do wyznaczonego miejsca zajęło jej niecałe dziesięć minut. Miasto nie było zbyt duże, ale znajdowało się w nim wiele wspaniałych miejsc, do których ludzie nie chodzili. Jednym z nich było stare poddasze, do którego zwykła przychodzić po szkole. Dzisiaj też miała zamiar to zrobić. Usiąść w starym magazynie i ze spokojem spoglądać na rozprzestrzeniające się miasto i ich domowników. 
   Po półgodzinnym biegu i krótkiej rozgrzewce wróciła do domu. Zegar wskazywał wpół do siódmej. Za niedługo budziła się jej siostra, więc miała mało czasu do skorzysta z łazienki. Chwyciła ciemne jeansy i czarną bluzkę z nadrukiem. Wzięła szybki prysznic i po kilku minutach wyszła z kafelkowanego pomieszczenia.
 – No nareszcie! – warknęła jej siostra. – Przez ciebie spóźnię się do szkoły! Pomyśl czasem o innych – rzuciła przez ramię, wchodząc do pomieszczenia.
 A czy wy myślicie o mnie? – pytała samą siebie.
   Bez słowa wróciła do pokoju. Chwyciła za torbę, do której wrzuciła parę książek i zeszytów, a następnie udała się do kuchni. Matka miała w tym tygodniu pierwszą zmianę, więc na szczęście już jej nie było. Wzięła pozostawione pieniądze na śniadanie i wyszła z mieszkania. Gdy minęła już swoją ulice, dopiero wtedy odważyła się wyciągnąć papierosa. Nie chciała kolejnych problemów, gdyby sąsiedzi zauważyli ją z petem. 
   Zaciągnęła się nikotynowym dymem, zaspakajając tym swój głód fizyczny, jak i psychiczny. Weszła do piekarni, aby kupić sobie śniadanie. Stała przez chwilę przy kasie szukając swojego portfela, aby wrzucić do niego resztę z pieniędzy na śniadanie. Zaklęła uświadamiając sobie, że pewnie został w domu. Bez większego namysłu udała się do placówki, do której uczęszczała wraz siostrą. 
   Do tego liceum chodziło wiele osób i, na jej nieszczęście, dużo ją znało. Minęła kilka grupek uczniów, słysząc przy tym parę słów na swój temat. Udała się do klasy i zasiadła w swoim stałym miejscu.
   Ostatnia ławka przy oknie idealnie nadawała się do pogrążania w marzeniach, szczególnie do wyłączania się od rzeczywistości. A przy tym podziwiała widoki zza okna. Nie należał on do najpiękniejszych, ale lepsze to niż nic. 
   Ostatni dzwonek był dla niej niemal zbawieniem. Wyszła przez podwójne oszklone drzwi i ruszyła w stronę bramy. Spojrzała w bok, gdzie dostrzegła znienawidzoną brunetkę. To właśnie ona zniszczyła po części jej życie.
    Najlepsza przyjaciółka. Prychnęła na tą myśl.
   Odwróciła wzrok i na chwilę zamarła. Przed bramą stał oparty o motocykl Oliver. 
Skąd on...? 
   Wyrzuciła tę myśl z głowy. To, że on się tu zjawił to musiał być czysty przypadek. Pewnie jego dziewczyna uczęszczała do tej szkoły. Zaraz po przekroczeniu żelaznej bramy skręciła, aby oddalić się od niego jak najszybciej. Jednak myliła się. Poczuła silną dłoń chwytającą ją za rękę. Pod jego wpływem została zmuszona do obrócenia się i spojrzenia na swojego oprawce. 
 – To już się nie przywitasz z nowym przyjacielem? – Posłał jej czuły uśmiech. 
 – Nie widzę żadnego w pobliżu – warknęła w odpowiedzi. – Czego ty znowu ode mnie chcesz? 
 – Chciałem sprawdzić co u ciebie, zniknęłaś tak nagle i... 
 – Martwiłeś się o mnie? Jakie to słodkie – zakpiła. – Ja na twoim miejscu niezbyt bym się martwiła po tym, jak postanowiłeś się mną zaopiekować w sobotę. Dziwki też mają uczucia i nie lubią być porywane po pijaku. 
 – Nie wiedziałem, że słyszałaś... – wyszeptał. Chciał jeszcze coś dodać, ale Iza wcięła mu się w słowo. 
 – A jednak. Dziwka musi wracać do domu, więc pozdrów swoją dziewczynę – rzuciła na pożegnanie, jednak chłopak nie pozwolił jej odejść. 
 – To nie jest moja dziewczyna. Już nie – sprostował. 
 – Och! – położyła rękę na piersi udając poruszoną. – Czy to przez tą dziwkę? 
 – Przestań się tak nazywać – rozkazał. 
 – Dobra. W takim razie ty mi powiedz co tutaj robisz? – Postanowiła zmienić temat. Niezbyt podobało jej się to, że sama się tak nazywała. Chociaż to już ją tak nie ruszało jak kiedyś.
 – Przyjechałem do ciebie – na jego twarzy zawitał łobuzerski uśmieszek.
 – Skąd wiedziałeś, gdzie mnie znaleźć? – Wpatrzyła się w jego błękitne oczy, w których teraz znalazły się tajemnicze iskierki. Co one oznaczały? Nie wiedziała.
 – Zostawiłaś portfel u mnie w ogródku – wyszczerzył triumfalnie zęby.
    Iza wściekła się. Miała dość tego dupka, który wiecznie ją prześladował. Co mogła zrobić, aby się od niej odczepił? Chciała jak najszybciej stamtąd odejść. Już powoli docierały do niej ciche szepty uczniów, na temat tego „przystojniaka co kręci się wokół tej zdziry”.
 – Mógłbyś mi go oddać? – Wysiliła się na spokojny głos.


 – Hm... – Udał zamyślonego. – Został u mnie w domu. Jeśli chcesz go odzyskać będziesz musiała pojechać ze mną. Inaczej, wątpię żebyś go dostała z powrotem. 
   Czy miała to zrobić? Miała z nim jechać? Wewnątrz niej krzyczał głos, który stanowczo temu zabraniał, ale potrzebowała tego portfela... W ciągu godziny powinna już wrócić do domu. Usłyszała za sobą chichot brunetki, który ostatecznie pomógł jej w podjęciu decyzji. Chłopak uśmiechnął się, jakby już znał jej decyzję. Pomógł zapiąć kask i wsiedli na jego pojazd. Zaśmiał się, gdy uświadomił sobie, że dziewczyna szuka czegoś, czego mogłaby się chwycić. Sięgnął do tyłu po jej dłonie i objął się nimi w pasie. Nie protestowała. Odpalił maszynę, po czym silnik lekko zawył. Wjechał na ulicę, jednak zmierzał dokładnie w przeciwnym kierunku, niż mieszkał.



niedziela, 16 marca 2014

Rozdział 1



   Izabella otworzyła swoje ospałe powieki, przetarła dłonią po skroniach i poczuła piekący ból w okolicach nadgarstka. Spojrzała na swoją rękę. Widniały na niej kilka czerwonych, jeszcze świeżych, cięć. Podniosła się do pozycji siedzącej, zrzucając przy tym zakrwawione chusteczki. Szybko opamiętała się i wyrzuciła dowody wczorajszej zbrodni. Bo przecież co by się stało, gdyby matka nagle wpadła do jej pokoju i zastała łóżko z krwawymi plamami?
   Pokręciła głową, uświadamiając sobie swój błąd. Chwyciła pod ramię kilka ubrań i weszła do łazienki. 
   Prysznic jak zwykle pomagał. Zmywał z niej „brudy” pozostawione z poprzedniego dnia. Kilka słonych łez zmieszało się z zimną wodą, gdy przypomniała sobie wydarzenia sprzed roku. Była wtedy taka szczęśliwa... Nie przypominała dzisiejszego wraku człowieka, który tylko szuka jakiegokolwiek pretekstu do cięcia się. Ból fizyczny przyćmiewał psychiczny, przez co czuła chwilową ulgę. Ale przecież to nie mogło trwać wiecznie, prawda? 
   Przerzuciła torbę przez ramię i, z założonymi słuchawkami na uszach, w których leciała jej ulubiona muzyka, wyszła z domu nie zważając na innych domowników. I tak by się tym nie przejęli. Jedynie co, to uniknęła porannej kłótni, która zawsze towarzyszyła przy śniadaniu.
  Zeszła po skrzeczących ze starości schodach i otworzyła drzwi od klatki schodowej. Od razu przymrużyła powieki, po tym jak została przywitana promieniami słonecznymi. Zapięła bluzę pod szuję i ruszyła w stronę parku. Może na niebie świeciło słońce, ale marcowa pogoda nie pozwalała na poranny spacer bez odpowiedniego ubioru.
   Minęła żelazną bramę prowadzącą do parku i zaczęła się rozglądać za jakimś miejscem. Wybrała kawałek trawy tuż przed jeziorem. 
  Park był jednym z niewielu miejsc, które chętnie odwiedzała. Był to jej azyl, w którym odreagowywała stres i wszystkie nieprzyjemności. Miała dość takiego życia. Czuła się bezwartościowa i obojętna. Rodzice, którzy powinni być jej wsparciem, po prostu się na nią wypieli. A starsza siostra? Dolewała tylko oliwy do ognia. Na każdy możliwy sposób udowadniała, że jest lepszą córką. Nagrody, laury, wspaniałe wyniki w nauce... Czemu nie możesz być taka sama jak Laura? Bierz z niej przykład! – tą gadkę słyszała codziennie. W końcu przestało się to dla niej liczyć. Pamiętała czasy z dzieciństwa, w których jej o dwa lata starsza siostra zawsze przy niej była i ją wspierała.
   Co się teraz stało? Czemu nie może być tak jak kiedyś?
   Spojrzała na wodę, w której odbijały się promienie słoneczne. Blask był piękny. Jasne fale poprawiały jej humor. Natura zawsze z nią współgrała. Cichy szelest liści łaskotanych przez wiatr był muzą dla jej uszu. Spokój, jaki panował w tym miejscu, wprost dodawał jej otuchy. Przy nim zapominała o wszystkim. Zapominała o problemach i ich skutkach. Odrzucała zło tego świata. 
   Podkuliła nogi opierając podbródek o kolana. Próbowała powstrzymać łzy, jednak pomimo jej wszelkich starań jedna opuszczała swój zastęp, zostawiając słony ślad na skórze. Jednym ruchem wytarła zgubę i sięgnęła po torebkę. Wyciągnęła z niej swój szkicownik, w którym już nie raz zamykała ten krajobraz. Szukając wolnej kartki znalazła swoje poprzednie malunki. Pomimo, że widoki były nieziemskie w tym miejscu, to ona zawsze dodawałam w nich nutkę smutku i goryczy. Szare szkice przedstawiały samotność i ból. W każdym rysunku znajdowała się cząstka jej duszy, która w żadnym przypadku nie była zbyt wesoła.
   Z torebki wyciągnęła kolejny zestaw ołówków i wybrała jeden. Szybkimi machnięciami narysowała jedno ze swoich ulubionych miejsc. Tym razem nie był to park, ale most na którym często przebywała. Gdy skończyła, szybko schowała wyciągnięte przedmioty, zastępując je paczką papierosów i zapalniczką. Wyciągnęła jednego i wsadziła do ust. Czuła miętowy posmak filtra, w momencie, gdy próbowała odpalić fajkę. Zaciągnęła się kilka razy powodując pojawienie się w jej płucach nikotynowych chmur. Zamknęła oczy oddając się temu stanowi. Nałóg ten nabyła w zeszłym roku, gdy zaczęły pojawiać się pierwsze problemy. Jej starzy przyjaciele uznawali to za formę zabawy. Oddawali się pod jego władzą w czasie imprez, gdy byli znużeni alkoholem, jednak dla Izy to był wielki problem. Już od dawna zmagała się z jego sidłami. W pewnym momencie odpuściła, dając jemu wolną rękę. Przynajmniej podczas palenia na chwilę się wyłączała. Dziewczyna potrzebowała tego. Chciała zapomnieć o tym całym gównie, w jakim się znalazła. 
   Zgasiła resztki szluga i wstała. Otrzepała się z ziemi i ruszyła przed siebie. Nie zważała na to, gdzie idzie. Po prostu miała nadzieję, że nogi same znajdą drogę. Idąc podśpiewywała sobie pod nosem. 
   Zatrzymała się przy metalowej belce. Ściągnęła słuchawki, a do jej uszu napłynął gwar miasta. Słyszała silniki samochodów i ich syczenie. Nie musiała się odwracać, żeby zauważyć przechodniów, śpieszących się do pracy, czy też na zakupy. Była sobota, więc część z nich udała się także na poranny spacer bądź trening. Minęła rynek i betonowymi schodami udała się na górę. Chwyciła brudną i zimną bajerkę, która znajdowała się przy moście. Swoją dłonią starła uliczny kurz, który osadził się na metalu. Ustawiła się na środku mostu, na którym na było ani żywej duszy. Nawet ludzie unikali tego miejsca. Spojrzała w dół, gdzie wiły się stare toru, o których pociągi już zapomniały. Przed sobą widziała kolejne miasto. Kolejnych ludzi i ich problemy... Opuściła głowę i tym razem nie powstrzymywała łez. Kilka razy pociągnęła nosem. Miała już dość tego wszystkiego.
   W jednej chwili znalazła się tuż za bajerką, trzymając ją oburącz. Wyciągnęła nogę w pustą przestrzeń. Znów zaszlochała. Teraz miała szansę. Czuła napływającą odwagę, albo strach? W tej chwili było to obojętne. Najważniejsze, że chciała to zrobić. I zrobiła. Puściła metal i przechyliła się do przodu. Zamknęła oczy, wyobrażając sobie, że na dole jest woda, która spłucze z niej resztki bólu. Po prostu musi się jej tylko oddać. Całkowicie.
Coraz bardziej przechylała się do przodu, gdy nagle ciepłe i obce ręce, oplotły ją w pasie, ciągnąc do tyłu. Zdumiona i załamana, odważyła się na otwarcie powiek. To była jej szansa, a ten ktoś ją zniszczył...
 – Co ty robisz?! – warknęła spoglądając na mężczyznę za sobą. Był młody. Niewiele starszy od niej. Niebieskie oczy zdobiły jego jasną karnację, która okalana była ciemnymi włosami.
 – To chyba ja powinien ciebie o to spytać. Przecież mogłaś zrobić sobie krzywdę! – odparł przeciągając ją przez bajerkę.
 – Właśnie o to mi chodziło! Jak myślisz? Co chce osiągnąć dziewczyna, zrzucając się z takiej wysokości? – Wyrywając się z jego uścisku sięgnęła po torebkę, a następnie ruszyła przed siebie.
 –Mógłbym chociaż wiedzieć dlaczego chciałaś się zabić? – podbiegł do niej. Szli równo, chociaż on lekko truchtał obok niej.
 – Nie rozmawiam z obcymi – warknęła.
 – Możemy to zmienić. – Na jego twarzy zawitał łobuzerski uśmieszek. 
  Jednak Iza nie miała ochoty na spowiadanie się nikomu. Zwłaszcza takiemu idiotowi, który zniszczył jej plany. Nie zważając na jego słowa, weszła do monopolowego, w którym kupiła kolejną paczkę fajek, ale tym razem do kompletu wzięła butelkę whisky. Jej „wybawca” wszedł do pomieszczenia, obdarowując sprzedawcę niemiłym wzrokiem.
 – Wie pan, że ona jest niepełnoletnia? – zwrócił się do starszego mężczyznę, znajdującego się za ladą. Na jego słowa, zmierzył wzrokiem młodą klientkę.
 – Skąd ty możesz to widzieć? Poza tym, znamy się jakieś... Trzy minuty? – odparła zła. Minęła chłopaka, delikatnie pchając go w bok. Wróciła do parku, w którym wcześniej gościła i zajęła miejsce najbardziej oddalone od ludzi.
   Upiła kilka łyków piekącego płynu i wyciągnęła kolejnego papierosa. Oparła głowę o drzewo i ponownie zaciągnęła się trującym dymem.
 – Nie dość, że pije to i pali – mruknął chłopak siadając obok niej. Spojrzała na niego podirytowana. Czemu to on właśnie się jej uczepił? Czemu nie lata za jakąś cycatą blondynką, która tylko czeka, aby rozszerzyć przed nim nogi?
 – Możesz się ode mnie odczepić? – wydobyła się na spokojny głos, chociaż w środku walczyła ze swoją prawdziwą osobowością. Tą, która najchętniej rozszarpałaby go.
 – Nie – uśmiechnął się, sięgając po jej alkohol. Nie sprzeciwiła się. W końcu wiedziała, że po pijaku lepiej się gada, jednak nie miała ochoty na czułe słówka, nawet w tym stanie.
 – To nękanie – stwierdziła. – Zgłoszę to na policję.
 – I co im powiesz? Facet, który uratował cię od samobójstwa, próbuje się dowiedzieć dlaczego chciałaś to zrobić, popijając twój alkohol, który sprzedał ci ten grubas, pomimo tego, że jesteś niepełnoletnia? – wziął kolejny łyk, krzywiąc się przy tym.
   Dziewczyna zamknęła się na chwilę. Miał rację. Gdyby teraz poszła na policję, wyczuliby od niej alkohol i papierosy, więc spisaliby i ją na dodatek odwożąc pod sam dom. Co tylko potwierdziłoby opinię matki na jej temat.
 – Nie licz na to, że naglę się otworzę i zacznę spowiadać ci się z moich problemów. – Wyrwała mu butelkę, po czym zanurzyła w niej usta. Upiła dosyć sporą jego zawartość nim oddała butelkę nieznajomemu.
 – Znamy się już... O patrz! – krzyknął radośnie. – Minęło już dwadzieścia minut, więc nie jestem obcy – posłał jej ciepły uśmiech, jednak ta nawet tego nie zauważyła. Była zbyt zajęta odpalaniem kolejnego papierosa. – Mógłbym chociaż poznać twoje imię?
 – Nie – wzruszyła ramionami tak, jakby po prostu odmawiała kawy.
 – Oliver – odparł w nadziei, że pozna imię nieznajomej. Jednak mylił się...
 – Słuchaj, za chwilę idę, więc zapewne nigdy więcej się nie spotkamy.
 – Skąd wiesz? – zapytał przymrużając oczy, gdy promienie słoneczne dotarły do nich. – Może znów zdołam cię uratować przed samobójstwem? Chociaż mam nadzieję, że to się nie powtórzy...
 – Iza – przerwała jego gadanie. – A teraz dasz mi spokój?
 – Nie – uśmiechnął się. – Chyba, że powiesz mi dlaczego chciałaś się zabić.
   Dziewczyna nie wytrzymała. Wyrwała nieznajomemu butelkę i pobiegła przed siebie. Zatrzymała się dopiero w małym lesie. Oglądnęła się wokół upewniając się, że chłopak nie poszedł za nią. Uśmiechnęła się pod nosem, zdając sobie sprawę, że nareszcie go zgubiła. Nie była egoistką. Po prostu wiedziała, że tak jest lepiej. Dla niego oczywiście. Nie chciała się przed nim otwierać, chociaż łatwiej to było zrobić przed obcym. 
   Oparła się o drzewo, przechylając do góry butelkę i jednym haustem wypiła jej zawartość. Nie było tego zbyt dużo, ale wystarczająco aby otumanić umysł. Chwiejąc się, wyszła z lasu. Domagała się więcej tej boskiej ambrozji. Wiedziała gdzie ją zdobędzie. Szła wzdłuż rynku, co chwilę podpierając się o jakiś budynek. Kilkoro ludzi zwróciło na nią uwagę. Zaśmiała się bez krzty wesołości. 
 – Teraz mnie widzą? – powtarzała w myślach. – A gdzie byli, gdy potrzebowałam jakiejkolwiek pomocy?
   Przystanęła przed swoim ulubionym barem rozmyślając nad ostatnimi wydarzeniami. No tak, ten chłopak w jakiś sposób jej pomógł... A przynajmniej sam tak twierdził.
   Spojrzała na spelunę, do której miała zamiar wejść. Miała nadzieję, że chociaż Maciek jej pomoże. Barman zawsze poprawiał jej humor. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że zwykła rozmowa z nim, może komuś aż tak pomóc. Znała go już trochę. Był to chłopak z jej osiedla, ale dopiero gdy stała się stałym gościem w miejscu jego pracy, zaprzyjaźnili się. Był w wieku jej siostry, ale ci dwoje nie przepadali za sobą, co było jej na rękę. Często też go odwiedzała. Blondyn po skończeniu zawodówki zajął się pracą, dzięki której szybko mógł się wyprowadzić z domu. To było jej marzeniem – wyprowadzka od całego tego gówna, które nazywała życiem.
   Weszła do środka, gdzie została przywitana zapachem alkoholu i papierosów. Teraz jej to nie przeszkadzało. Zajęła miejsce przy barku i spojrzała na barmana. Grymas zagościł na jej twarzy. Zamiast przyjaciela ujrzała Bartka – drugiego barmana. Ten także wiedział, że jest niepełnoletnia, ale pomimo tego za prośbą przyjaciela, sprzedawał jej alkohol. Podniosła rękę, na co chłopak się uśmiechnął. Po chwili jej ulubiony trunek zagościł w jej dłoni. Była pijana, ale musiała doprowadzić się do tego stanu, w którym nie kojarzyła rzeczywistości z fikcją. 
 – Co tym razem? – zagadał Bartek, wycierając przy tym mokre szkło.
 – To co zwykle – wzruszyła ramionami. – Takie życie – dodała, a następnie upiła kilka łyków.
 – Oj mała, nie powinnaś topić smutków w alkoholu – pokręcił głową.
 – Nie przesadzaj. – Z jej ust wydobył się bełkot. Kończyny odmawiały jej posłuszeństwa.
 – Dobra wystarczy. – Barman sięgnął po drinka, który i tak był już pusty. –Wracaj do domu! –rozkazał.
   Iza zsunęła się z krzesełka i chwiejnym krokiem udała się do wyjścia. Przystanęła na chwilę i podrapała się po głowie, próbując sobie przypomnieć miejsce zamieszkania. Wzruszyła ramionami. Najwyżej będzie spać w jakieś klatce, przecież to nie był jej pierwszy raz... Drzwi od baru zostały otwarte, a do środka wszedł jej nieznajomy. Dziewczyna potknęła się przez swoje niezdarne nogi. Od upadku uchronił ją Oliver.
 – Już drugi raz ratuję ci skórę- zaśmiał się, chociaż według niej nie było to śmieszne. – Chodź zaprowadzę cię do domu. Musisz wytrzeźwieć- powiedział widząc w jakim jest stanie. Z niewiadomych przyczyn, czuł, że to właśnie jej musi pomóc. Ona go potrzebowała tak samo, jak on kiedyś potrzebował pomocy.
 – Matka nie może mnie zobaczyć w tym stanie... – wybełkotała nim straciła przytomność.
   Zmartwił się, chociaż wiedział jak to jest upić się do nieprzytomności. Kilka godzin snu, woda i silne środki przeciwbólowe pomogą. Wyszedł trzymając ją na rękach. Gdzie mógł się udać? Do domu nie chciała, z czego nie był zdziwiony. Gdyby nie to, że matka się do niego nie odzywa, to na pewno też nie spodobałoby się jej widok pijanego syna. Posadził ją na tylnym siedzeniu samochodu i postanowił zawieźć do swojego mieszkania. Minęła dopiero trzynasta, więc do wieczora trochę wytrzeźwieje. Po kilku minutach znajdowali się przed jego domem. Zaniósł ją do pokoju gościnnego i ułożył delikatnie w łóżku. Ściągnął z niej bluzę i buty, więc mógł ją przykryć kołdrą. Po chwili na półce postawił szklankę z wodą i paczkę tabletek przeciwbólowych, które przyniósł z kuchni. Jeszcze raz omiótł wzrokiem śpiącą blondynkę i wyszedł z pokoju. 
   Iza otworzyła zaspane i obolałe powieki. Przerażona, zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. To nie był jej pokój. W zasadzie to nawet nie był jej dom. Znalazła na szafce tabletki i wodę. Skupiła swój obolały umysł i przypomniała sobie, że to właśnie Olivier ją tu przyprowadził, a ona usnęła w jego ramionach...
   Wzięła pigułkę i popiła wodą, która teraz była słodka niczym miód. Nie cierpiała wody, chociaż w takim stanie ją ubóstwiała. Zabrała swoje rzeczy i po cichu wyszła z pomieszczenia. Znalazła się teraz w holu, który był dość ładnie ozdobiony. Białe ściany z czarno białymi zdjęciami. Obramowanie wykonano z białego drewna. Widniał na niej ciemnowłosy z jakąś dziewczyną. Zapewne byli razem... Wzdrygnęła na dźwięk damskiego głosu dobiegającego z dołu. Krzyki przyciągnęły jej uwagę. Stanęła przy ścianie, aby usłyszeć rozmówcę.
 – Czyś ty postradał rozum?! – odezwała się kobieta. – Jak mogłeś wpuścić takiego menela do domu?
   Menela tak? W sumie, często spotykała się z takim określeniem. Ale słowa już nie potrafiły ją ranić.
 – Przestań! – chłopak się wkurzył. – Ona nie jest żadnym menelem! Po prostu potrzebowała pomocy tak, jak każdy człowiek!
 – To trzeba było odwieźć ją do domu, a nie tutaj! Co pomyślą sąsiedzi? Już widzę jak rano będą mnie wypytywać o tą młodą dziwkę, którą sobie sprowadziłeś.
 – Po pierwsze: to jest moje mieszkanie i ty tu nie mieszkasz. Po drugie: ona nie jest dziwką i po trzecie: zostanie tutaj tak długo ile będzie chciała w przeciwieństwie do ciebie.
   Iza nie miała ochoty wysłuchiwać dalszej części ich kłótni. Rozglądnęła się, szukając drzwi wyjściowych. Zaklęła po cichu uświadamiając sobie, że znajdują się naprzeciw niej. Musiała tylko przejść przez salon, w którym oni się znajdowali.
   Wróciła do pokoju i złapała się za głowę. Przez chwilę błądziła w kółku szukając wyjścia z tego domu. Chciała uciec. Znaleźć się jak najdalej od nich wszystkich. Wrócić do swojego ponurego i bezwartościowego życia. Wyjrzała przez okno. Odległość nie wydawała się za wysoka. To tylko jedno piętro, a obok znajdowało się drzewo. Bez większego namysłu otworzyła okno i usiadła na parapecie. W młodości często się wspinała, zwłaszcza u babci na gospodarstwie. Często pomagała zebrać owoce z sadu. Skoczyła, łapiąc się za odstającą gałąź. Bez problemu zeszła z drzewa. Wytarła brudne ręce i pobiegła w stronę rynku. Znała to miejsce, więc wiedziała jak się stamtąd wydostać. Droga do domu zajęłaby najwyżej półgodziny. Biegiem dziesięć minut.
  Minęła kilka gapiów zanim dotarła do domu. Kluczem, wygrzebanym z torebki, otworzyła stare drzwi. Po wejściu ujrzała wielki zegar ścienny, który wskazywał ósmą. Zaświeciła światło i przymrużyła oczy. O tej porze nikogo nie było w mieszkaniu. Dzisiaj rodzice mieli iść na kolację, a siostra zapewne bawiła się z przyjaciółmi. Otarła zmęczone powieki i udała się do swojego pokoju. Jej rodzina nie była zbyt bogata, ale nie mieszkali w złych warunkach. Każda z sióstr miała swój własny pokój, tak samo jak rodzice. Jej był pomalowany na szaro, a na ścianie, na której znajdowało się łóżko, narysowała czarną farbą wielkie drzewo. Inne zaś przyozdobiła ptakami, w tym samym kolorze. Do tego parę białych mebli, w których znajdowały się jej ubrania i książki. 
  Uwielbiała literaturę. Szczególnie fantastykę. Był to kolejny sposób, aby oderwać się od ponurej rzeczywistości. Rzuciła torbę w kąt i od razu udała się do łazienki, szukając swojej zimnej przyjaciółki. Uradowana znaleziskiem w szafce, oparła rękę o umywalkę. Żyletką przejechała po delikatnej skórze. Zaraz po każdym machnięciu, pojawiała się czerwona kreska, z której wydobywała się szkarłatna ciecz. 


Pod wpływem bólu zacisnęła zęby. Tym razem metal zanurzył się nieco głębiej. Rany były bolesne i trudne do zatamowania. Zaczęła panikować. Wyrzuciła kolejną chusteczkę przesiąkniętą krwią. Łzy spływały po jej policzkach. Nie chciała umierać. Już nie.

Prolog

   W oddali słychać było sygnały karetki, jak i wozów policyjnych. Chłopak leniwym i przyćmionym wzrokiem spojrzał przed siebie. Ciężar potłuczonych drzwi od samochodu, przylegał w dość mocny sposób do jego nogi. Nie mógł się ruszyć. Głowa niemiłosiernie go bolała, jednak nie potrafił nic z tym zrobić. Był uwięziony. Znów ruszył nogami. Lekkie przesunięcie spowodowało kolejną dawką wielkiego cierpienia. Zrezygnowany poruszył głową w bok. Mężczyzna obok niego krwawił. Łzy same ściekły po jego policzkach. Chociaż było ciemno, widział wszystko. A w szczególności krew. 
   W końcu pojawiła się pomoc. Ratownicy medyczni założyli mu na szyję kołnierz, a następnie wyrwali drzwi z zawiasów. Te lekko chrząknęły i bezwładnie opadły na ziemię. Podczas wyciągania z wraku, krzyczał i prosił aby zajęli się rannym ojcem. Jednak dopiero gdy wpakowali go w ambulans, zabrali się za drugiego mężczyznę. Ten lekko zakasłał. Chłopiec poczuł wielką ulgę, że jego ojciec wciąż żyje. 
   Leżał na łóżku i pozwolił opatrzyć swoją nogę. Nie bolała już tak bardzo, jak na początku. Silne leki przeciwbólowe zaczynały pomagać. Po rozerwaniu kawałka spodni, odważył się spojrzeć na nogę. Odetchnął z ulgi. Nie wyglądała aż tak źle, jak przypuszczał. Kawałek szkła utkwił w udzie, ale nie za głęboko. Ledwie na kilka milimetrów. Pracownicy medycznie zabrali go na salę, w której rana została zaszyta. Teraz kilka szwów zdobiło jego bladą skórę na nodze. Krew została zmyta. Przez to całe zamieszanie, zapomniał o ojcu. W końcu jego stan wydawał mu się o wiele gorszy. Przecież on stracił przytomność! Z kulą przy boku, udał się pod sale operacyjną. Bał się i to cholernie. Czuł się winny, za to, że to przez niego wszystko się stało. Bo przecież gdyby nie prosił ojca o podwózkę, nie doszłoby do tego. Pierwszy raz spóźnił się na autobus, więc postanowił poprosić ojca o zawiezienie do kina, gdzie miał się spotkać ze swoją dziewczyną. Szybko wyciągnął telefon z kieszeni i napisał jej esemesa, informując ją o wypadku. Schował twarz w dłoniach, a po jego policzkach pociekły słone stróżki łez. Nie potrafił się opanować w tym momencie. Zdał sobie sprawę z powagi tej sytuacji. 
   - Boże! Olli! Co się stało?- zawołała kobieta swoim piskliwym, pełnym troski głosem. Chłopak spojrzał na nią spuchniętymi oczami.
   - Mieliśmy wypadek- wyszeptał pociągając nosem.- Ojca operują...
Drzwi do sali otworzyły się, a z pomieszczenia wyszedł lekarz, ubrany w zielony-niebieski strój. Idąc w ich stronę, ściągnął z twarzy maskę. Stanął przed chłopakiem.
   - Przykro mi...- powiedział z nutką rozpaczy w głosie.- Obrażenia wewnętrzne były zbyt rozległe. Nie mogliśmy nic zrobić- potrząsnął głową.
   Chłopak beznamiętnym wzrokiem spojrzał na niego. Teraz zdał sobie sprawę z tego co się stało. Właśnie zginął jego ojciec...
   - To twoja wina!- warknęła wściekła matka.- Gdybyś nie kazał mu wtedy jechać, nic by się nie stało!- spojrzał na rodzicielkę, która wciąż obwiniała go. Po cichu przyznawał jej rację, chociaż przecież to mogło się zdarzyć każdemu. Gdyby wyjechali kilka minut wcześniej , nic by się wtedy nie zdarzyło.
   Kobieta z płaczem wybiegła ze szpitala, pozostawiając go samego. Nie miał nikogo. Ojciec, który zawsze był dla niego największym wsparciem, właśnie odszedł. A ona? Jednego dnia stracił wszystko. Porzucony i odrzucony przez własną rodzicielkę, chociaż w tym wypadku potrzebował jej. I to bardzo. Stał tępo wpatrując się w drzwi, za którymi zniknął lekarz. Nie wiele potrzebował, aby teraz zatracić się i porzucić wszystko. W ciągu kilku sekund pojawiła się przed nim jakaś dziewczyna. Była dla niego zupełnie obca. Jej twarz wyrażała smutek i ból. Zielone oczy były przyozdobione szklistą powłoką. Brązowe włosy falami spływały po jej ramionach. Miała na sobie czarny strój motocyklisty, jednak kurtka była rozpięta ukazując jej beżową bluzkę. Podeszła do niego i przytuliła. Mężczyzna trochę oszołomiony, jednak odwzajemnił ten gest. Chciał podziękować tej obcej dziewczynie, jednak łzy uniemożliwiły mu to. Wtulił się w jej miękkie włosy. Nie wiedział skąd ona się wzięła, ale był wdzięczny, za to, że pojawiła się w jego życiu. Właśnie w tym momencie, kiedy najbardziej potrzebował bliskości innej osoby.












Obserwatorzy