poniedziałek, 28 lipca 2014

Rozdział 33.

Hej :*
Takie tam, napisane na szybkiego :D Później sprawdzę, bo trochę zmęczona jestem :c
Pozdrawiam
Seo
PS. To już powoli koniec opowiadania :c Zostały jeszcze dwa rozdziały + epilog



- Wstawaj, Gołąbku- krzyknął mężczyzna, wybudzając ją ze snu. Chociaż nie można było to nazwać snem, gdyż cały czas drżała z obawy, że ten popapraniec ją skrzywdzi.
- Nie musisz tego robić, Dave- powiedziała cicho. Niemalże szeptem.
- Owszem muszę- taśmą zakleił jej usta, prowadząc do sąsiedniego pokoju. Usadowił ją na krześle, przywiązując do niego. Gdy się odwrócił, próbowała się wydostać, jednak im mocniej ciągnęła dłońmi, tym mocniej obcierał ją sznurek.- Nie martw się, Gołąbeczku. Nie wydostaniesz się stąd- na jego twarzy zawitał uśmiech. Zgasił światło, zostawiając ją samą w pomieszczeniu. Tuż po jego wyjściu, jeszcze raz spróbowała się wydostać. Jednak na marne. Łzy spływały po jej policzkach, a nadgarstki zaczęły krwawić. Nagle dobiegło do niej jakieś światło. Gdy się odwróciła, ujrzał ścianę wypełnioną ekranami od telewizora. Przedstawiały one różne pomieszczenia, w których zainstalowano kamery. Przełknęła gulę w gardle, wiedząc, że on chciał, aby wszystko widziała. Chciał zranić jej przyjaciół, a ona miała na to wszystko patrzeć.



           Nim wszyscy się zebrali w umówione miejsce, brunetka jeszcze raz przejrzała zdobyte informacje. Coś się nie zgadzało. Już od dawna znała Davea i wiedziała, iż ten nie jest zdolny do zaplanowania tego. Informatyk bardzo dobrze się spisał, ustalając miejsce ich pobytu, ale jeszcze lepiej, gdy włamał się do komputera, pozostawionego przez chłopaka. Przeglądała je po raz kolejny, po czym natrafiła na coś ciekawego.
- Na kogo my czekamy?- Zapytał Bash, pakując wszystkie torby do samochodu.
- Na dziewczyny. Bez nich nie wejdziemy.
- Jesteś świadoma tego, że to pułapka.
- Owszem.
- I wciąż jesteś taka spokojna?
- Już ci mówiłam. Ktoś musi zachować zdrowy rozsądek.
- Powinnaś zostać- ponownie spróbował ją przekonać, choć wiedział, że w tej sprawie niewiele zdoła zrobić. Ona przewodziła każdą akcją. I zawsze musiała w nich uczestniczyć.
- Przygotuj wszystkie samochody. Za dziesięć minut wyjeżdżamy- rzuciła szorstko, wracając do środka. Chłopak zrobił to, o co prosiła. Przeszedł na tył domu, wyprowadzając auta z ukrytego garażu.
- Chodź tu, Profesorku- zawołała młodego informatyka. Ciemnowłosy chłopak odszedł od monitora, podchodząc do niej.- Widzisz to?- Wskazała palcem na plik.- Musisz mi znaleźć tego faceta. Chce wiedzieć, gdzie on teraz przebywa- chłopak skinął głową, po czym zabrał się do pracy. Thea słysząc podjeżdżające auta, wyszła na zewnątrz. Dziewczyny zdążyły już przyjechać, tak jak jej brat z Luck'iem. Wszyscy jak na zawołanie, skierowali wzrok w jej stronę. Oczekiwali jakiegoś planu działania, oczywiście nie mylili się, gdyż ona była przygotowana na wszystko. A przynajmniej tak sądziła.
- To jest nasz budynek- rozłożyła plan na masce samochodu.- Są trzy wejścia. Dwa z przodu i jedno tylne dla ciężarówek.
- To pułapka- odezwał się Oliver, na co ona skinęła głową.
- Tak. To pułapka. Nie wiemy ile jest tam osób, więc możliwe, że nas złapią. Nie zmuszę nikogo do ingerowania w tej sprawie. Każdy z was jest świadomy tego, iż to są sprawy osobiste, a te nie pozwalają nam racjonalnie myśleć. Jeśli ktoś chce odejść, proszę. Nie będę go osądzać- wzrokiem przeleciała wszystkich zebranych. Na ich twarzy nie malował się strach, tylko chęć walki. Chęć ratunku bliskiej dla niej osoby. Była dumna ze swoich ludzi, że nie wahając się pomóc w ratunku jej rodziny. - Dziękuje- uśmiechnęła się do nich delikatnie.
- Thea, jesteśmy przecież rodziną. Zawsze możesz na nas liczyć- odezwała się Melody, wychodząc z szeregu.
- Dobra, ludzie. Nie mamy zbytnio czasu. Zostało nam parę godzin, a musimy omówić plan- wtrącił się zniecierpliwiony Luck.
- Obok magazynu znajdują się dwa budynki, gdzie ustawimy chłopaków. Będą strzelać do każdego nieproszonego gościa, więc musicie mieć przy sobie nadajniki- Bash wręczył każdemu po dwa chipy, które umieścili w kieszeniach.- Jack i Mathew mają noktowizory, a dzięki temu będą mogli was rozróżnić. Nie wiem kto z was znajdzie Izę, dlatego też macie po dwa. Jeden musicie jej wręczyć.
- Profesor rozbroi zabezpieczenia, a my wkradniemy się do środka- wtrącił Bash, wcześniej poinformowany przez swoją partnerkę.- Melody, ty odprowadzisz go potem i zostaniesz w Vanie. Będziesz nas kierować w razie jakiś trudności. Dziewczyny zajmą górę, a my rozejrzymy się na dole. Co dziesięć minut każdy zgłasza raport. W przypadku braku odpowiedzi, po drugim wezwaniu, wszyscy pójdą do miejsca, gdzie ostatnio widniał kontakt. Gdyby coś się nie zgadzało, mielibyście jakieś dziwne przeczucia, meldować. Rozumiecie?- zebrani skinęli głową na zgodę.- Dobra, tak więc ja, Thea i Luck idziemy przodem. Odczekacie kilka minut i za nami wchodzi Ross z Andree. Następnie Melany i Erick razem z Rafaelem. Jakieś pytania?- Jedna z zebranych osób podniosła dłoń.
- A co ja mam robić?- zapytał Oliver.
- Ty, nic- odparła jego siostra. - Nie będę ryzykować.
- Chyba żartujesz!- Wrzasnął zdenerwowany chłopak.- Wy wszyscy będziecie narażać życie, a ja co? Mam stać bezczynnie? Gówno mnie to obchodzi. Idę z wami- ruszył do Vana, a za nim podążyła siostra. Bash przewrócił oczami, wiedząc, że zaraz zacznie się ich kłótnia.
- Wyłaź stamtąd!- Krzyczała, waląc dłonią w szybę.- Nie mamy czasu!
- Więc jedźmy- rzucił szorstko.- A ja z wami.
- Olie! Ty nie rozumiesz! Musisz zostać!
- Bo?
Przymknęła na chwilę powieki, po czym głośno wypuściła powietrze.- Bo oni są wyszkoleni. Od lat uczą się różnych sztuk walki. Potrafią strzelać z broni, a ty nawet nie umiałbyś jej odbezpieczyć.
- Masz rację- przyznał, ku zdziwieniu wszystkim.- Ale to nie zmienia faktu, że jadę z wami- dziewczyna krzyknęła zdenerwowana. Bash podszedł, próbując ją uspokoić.
- Niech jedzie. I tak nie odpuści, gdy zobaczy Profesorka. Przynajmniej będzie mógł go pilnować.
- Dobra! Może w ogóle weźmy pierwszych lepszych ludzi do tego! Na cholerę nam wyszkolony zespół, jak możemy wziąć bandę przedszkolaków, która nas w tym wyręczy?- Mówiła, wsiadając do Vana, tuż za bratem. Bash odpalił auto, jednak jeszcze nie ruszył. Wciąż czekali na ostatnią osobę. Gdy informatyk przyszedł, reszta zdążyła już odjechać. Oliver spojrzał na czternastoletniego chłopaka i niemal udławił się, rozpoznając swojego młodszego brata.
- Max? Max jest twoim informatykiem?!
- No... tak- przyznał chłopak.- A tak w ogóle, to witaj braciszku- uśmiechnął się do niego.- Wiesz jak się za tobą stęskniłem?
- Szukałem cię gnojku! Nawet poleciałem do Ameryki, gdy do mnie zadzwoniłeś!
- Wybacz... trochę się schlałem...
- Thea! Pozwoliłaś mu pić? On ma dopiero dwanaście lat! I pomaga wam w twoich interesach? Jak mogłaś! Przecież to jeszcze dziecko!
- Po pierwsze- zaczęła dziewczyna- on ma czternaście lat. Jest bardzo uzdolniony, a ja mu tylko pomagam w rozwijaniu jego umiejętności.
- Za pomocą włamywania się ludziom do komputerów... I to nie zmienia faktu, że pozwoliłaś mu się upić!
- To akurat nie jej wina...- przyznał młody chłopak.- Wymknąłem się na imprezę, i jakoś tak wyszło... Ale już dostałem za swoje!- krzyknął, widząc minę brata.- Uwierz mi, po tym Thea zaplanowała mi taki trening, że przez tydzień nie mogłem normalnie się ruszać.
- Jedźmy już- rzucił do Basha.- A z tobą i tak pogadam jeszcze w domu- zagroził, zerkając na młodego.




- Chce, abyś na to patrzyła- powiedział, przejeżdżając ostrzem po jej nodze.- Masz nie spuszczać wzroku z ekranu, inaczej wszystkich pozabijam, rozumiesz?
Kiwnęła głową, cały czas drżąc ze strachu. Już nie potrafiła powstrzymać łez, które zmieniały się w strumień. Głowa strasznie pulsowała, a oczy szczypały.
- Zapamiętasz ten dzień- zanurzył ostrze w jej nodze, rysując jakiś kształt na skórze. Krzyknęła z bólu, choć nie można było tego usłyszeć, przez taśmę. Chłopak tylko się zaśmiał i jednym ruchem odkleił taśmę.
- Jesteś psychopatą!- krzyknęła.
 - Gdzie tam, zaraz psychopatą- zaprzeczył.- Jestem po prostu zwykłym człowiekiem, ze skłonnościami do torturowania innych.- Zanurzył gorący pręt w ranie, wypalając narysowany znak. Jej krzyk, był melodią dla jego uszów. - Dam ci wybór. Albo ty, albo oni- wskazał palcem na ekran telewizora, na którym widniała kamera, skierowana na tył magazynu. Dostrzegła na nim cztery auta, z którego wychodziły osoby. Nie widziała ich twarzy, ale wiedziała, że są to jej przyjaciele. A w szczególności Luck.
Dave wyszedł z pomieszczenia, zostawiając ją samą. Krwawiła. Jej rana była zbyt głęboka, więc zostało jej zaledwie kilkanaście minut życia. Może i wybrała siebie, co nie zmienia faktu, że będzie chciał się zemścić na swoich oprawcach. On sam miał wybór. Musiał dokończyć zadanie, albo to oni go zabiją.
Z niemal stoickim spokojem, zszedł ze schodów, kierując się do najbardziej interesującą go osobą. Na swoim tablecie, widział wszystkich rozmieszczonych intruzów, którymi zajęli się już jego kompanii. Jego cel zostawili specjalnie dla niego. Zatrzymał się w małym pokoiku, gdzie stały dwa krzesełka i stolik. Zajął miejsce, po czym odpalił papierosa.
Nie musiał długo czekać. Luck, po odłączeniu od swojej grupy, zupełnie się zagubił.  Kontakt został przerwany, więc niewiele mógł zrobić. Szukał wyjścia, tak jak się umawiali. Aż w końcu natrafił na starego znajomego, który porwał jego ukochaną.
- Dave- rzucił ostro. Gdyby nie słabe oświetlenie, można by było dostrzec chęć mordu w jego oczach.
- Lucio- odparł, po czym zgasił papierosa.
- Masz to co chciałeś- chłopak rzucił broń na ziemie i z rozłożonymi rękami szedł w jego stronę.- Wypuść ją.
- A kto powiedział, że to ciebie chciałem?- Zaśmiał się.- No dobra, nie oszukujmy się. Od początku byłeś moim celem, ale tym razem nie działałem sam.- Wskazał na wolne miejsce tuż obok siebie, nakazując mu je zająć. Poczęstował go papierosem, choć odmówił, więc sam zapalił.
- Widzisz, mój ty kochany przyjacielu, chciałem cię zabić. I nadal chce, ale twoja dziewczyna mi na to nie pozwoliła. Możesz być z niej dumny, gdyż oddała swoje życie za ciebie.
Luck spojrzał na niego z niedowierzaniem. Plastikowy stolik przeleciał przez pokój. Następnym celem był Dave, ale powstrzymał się.
- Możesz ją jeszcze uratować. No cóż... Mamy mało czasu, ale wciąż istnieje szansa na ratunek. Zabijając mnie, zabijesz również ją, więc radzę ci się uspokoić. Hiszpan z powrotem zajął miejsce.- Mądry chłopak- pochwalił go. - Dzisiaj nie tylko ty jesteś celem. Twoja koleżanka Thea także nim jest, ale tylko ty zginiesz. Przynajmniej na razie.
- Czego ty tak naprawdę chcesz?- Zapytał zniecierpliwiony tym ciągłym czekaniem.
- Ja? Twojej śmierci, oczywiście. A on? No cóż, nie wiem. Z tego co mi wiadomo to zabiła jego syna, a z drugiego zrobiła kalekę. Pewnie też zginie. Tylko, że on planuje dla niej inną śmierć. Nie poprzez zabójstwo na skutek postrzału, jak w twoim wypadku. Jeśli się nie mylę, przygotował dla niej krzesło elektryczne.- Spojrzał na zegarek.- Cholercia! Czas na ciebie. Znajdziesz ją na drugim piętrze. Pierwszy pokój po prawej. Dam ci czas na jej ratunek, a potem zabiorę swój dług.


             Brunetka zajrzała do kolejnego pomieszczenia. W duchu klęła, za popełnienie takiego błahego błędu. Naraziła swoją drużynę i do końca życia będzie płacić za ten błąd. Zlekceważyła przeciwnika, choć Profesor ostrzegł ją, że on tu jest. Ale oczywiście liczyła, że jej się uda. Tak jak zawsze.
- Thea Carstais- usłyszała męski głos za sobą. Drzwi huknęły i zamknęły się za nią. Jednak w pomieszczeniu nikogo nie dostrzegła. Odbezpieczyła broń, gotowa do oddania strzału.- Zagrajmy w grę.
- Daruj to sobie- rzuciła lekko, jakby właśnie grała z kimś w monopoly, uciszając jego ekscytację po wygranej.
- Też nie lubiłem tego filmu. Zbyt mało krwawych scen. - Wystąpił z cienia, ukazując swoje prawdziwe oblicze.- Pamiętasz mnie jeszcze? Mogę ci przypomnieć- podwinął nogawkę, ukazując metalową protezę.- To mała pamiątka po naszym ostatnim spotkaniu.
- Paul...
- Bingo! Pięć punktów dla ciebie! Wiedziałem, że będą z tobą jakieś problemy, ale nie spodziewałem się, że aż takie. Chociaż muszę ci podziękować za załatwienie Xawiera. Potrafi strasznie wpienić człowieka...
- Gdzie ona jest- wycelowała w niego broń.
- Nie tak szybko. Tym razem ja wystawiam warunki, a ty, albo się do nich dostosujesz, albo pożegnasz się z nimi- pilotem włączył ekran, na którym  pojawił się kolejny pokój, w którym dostrzegła  Bash'a, przywiązanego do krzesła.- Pięć- rzucił do mikrofonu, a jakiś chłopak zadał jemu pięć ciosów.
- Zostaw go w spokoju!- Krzyknęła, widząc jak jej ukochany pluje krwią.
- Zostawię. On nie jest mi do niczego potrzebny. W zasadzie, to mój ojciec chce ciebie. Twojej śmierci, nie jego- znowu odezwał się do mikrofonu, nakazując swojemu pracownikowi zadać kolejnych pięć ciosów.
- Uśpić wszystkich i wypuścić- rzucił ponownie do mikrofonu.- A ty zostaw broń- zwrócił się do niej. Posłusznie wykonała polecenie.- Ojciec chce twojej śmierci.
- W zamian za ich życie?- Zapytała, na co on skinął głową.- Zgoda- przyłożyła sobie spluwę do głowy.
- Chwila! Nie tak szybko. Twoja śmierć będzie spektakularna. Otóż nie chce abyś się zastrzeliła. Pragnie, abyś oddała się w ręce amerykańskich władz.
- Chyba żartujesz... Chcesz abym oddała się policji? Przecież, oni...
- Skażą cię na karę śmierci poprzez krzesło elektryczne. Właśnie. To chce mój ojciec. A wiesz po co?
Thea przez chwilę zastanawiała się, chcąc dojść do jego celów. Jej śmierć miałaby dwa wyjścia. Albo zostanie wstrzyknięty chlorek potasu, albo krzesło.
- Widownia- rzuciła, dostając oświecenia.- Chce aby moja śmierć była widowiskowa.
- Jesteś bystra, ale nie do końca. Owszem, chce widowiska, ale nie takiego, jakiego sobie wyobrażasz. Twoja widownia to będzie rodzina, przyjaciele. Nie przypadkowi ludzie.
- Dobrze. Zgadzam się, ale ich uwolnij. Izę też.
- Drugie drzwi po prawej- powiedział, po czym usłyszała, jak zamek zostaje otwarty.- Masz miesiąc- rzucił na pożegnanie.
Thea biegła ile sił w nogach. Mogła ich jeszcze uratować. Miała szanse naprawić swoje błędy. Chociaż los miał coś przeciwko temu. A w zasadzie to Dave, który nie odpuścił swojemu rzekomemu oprawcy...

piątek, 11 lipca 2014

Rozdział 32.





- Nie ma jej- rzekł blondyn, wchodząc do domu. Podczas jego kilkugodzinnej nieobecności, wszyscy zdążyli już wrócić. Nawet zjawiło się kilku nieoczekiwanych osób- w tym Luck.- Kurwa! Nigdzie jej nie ma!
- Uspokój się- odparła Speedy, podchodząc do swojego ukochanego.- Chłopaki stoją przed waszym domem i zadzwonią, jeśli się tam pojawi. Oliver pojechał do Maćka, żeby sprawdzić czy tam jej nie ma...
- To moja wina- chłopak ze smutną miną opadł na kanapę.- Powinien już wcześniej z nią porozmawiać. Teraz pewnie jest przerażona...
- Znajdziemy ją- zapewniła.- Zrobię wszystko co w m...- przerwała, słysząc dźwięk czyjegoś telefonu. Nikt się nie ruszył, a gdy rzuciła srogie spojrzenie Luck'owi, od razu zareagował i wyciągnął telefon z kieszeni. Skrzywił się, widząc nieznany mu numer, ale odebrał.
- S...
- Daruj sobie te gadkę- zbeształ go rozmówca. Wszyscy zaciekawionym wzrokiem spojrzeli na niego, słysząc głos drugiej osoby. Znali go. A do tej pory uważali za jednego z nich.
- Dave- rzucił oschle.- Czego chcesz?
- Myślę, że to ty chcesz czegoś ode mnie- nie można było nie zauważyć nuty rozbawienia w jego głosie.
- Niczego nie potrzebuję- warknął w odpowiedzi.
- Nawet Izy?- Wszyscy znieruchomieli na jego słowa.- Wiesz, mi tam ona nie przeszkadza. Jest bardzo ładna... Już wyobrażam sobie co mógłbym z nią...
- Tknij ją, a zginiesz!- Wrzasnął.- Znajdę cię i choćby nie wiem co...
- A wtedy nie dowiesz się, gdzie jest Izaaa- wyrzucił śpiewnym głosem.- Dobra, skończmy to. Wiesz co chcę. Masz czas do północy. Inaczej ona zginie. Ale najpierw się z nią zabawie...- zakończył połączenie.
Luck ze złości rzucił telefonem o ścianę. Komórka roztrzaskała się na kilka kawałków, robiąc małą dziurę w ścianie. Bash nie wiedział co powiedzieć. Słowa ich znajomego doszczętnie nim wstrząsnęły. Jego mała siostrzyczka była w niebezpieczeństwie. A on był bezradny. Luck też nie wyglądał najlepiej. Widząc go, wzrosła w nim złość. Chciał na nim wyładować swoje niezadowolenie. To właśnie przez niego Dave porwał jego siostrę.
- Ty- syknął przez zaciśnięte zęby, idąc w jego kierunku. Jednak od niefortunnej bójki uchroniła go ręka Speedy, ściskająca jego dłoń.
- Zostaw go- powiedziała łagodnie.- On nie jest niczemu winien.
- Nie?- Zdziwił się.- Gdyby nie to, że z nim jest, nie porwałby ją!
- Gdybyś nie zaplanował swojej śmierci, nie poznałbym ją- wytknął mu.- Nie ma czasu, aby obwiniać się. Musimy ją znaleźć. I to jak najszybciej.
- Jack i Mel- odezwała się brunetka, wciąż spokojnym głosem.- Weźcie Rafaela i zawołajcie naszego komputerowca. Niech spróbuje namierzyć jego komórkę. Ja pojadę po Olivera, a ty Luck- zwróciła się do Hiszpana- Nie wiem, co on od ciebie chce, ale załatwisz to. To będzie nasz plan awaryjny, gdybyśmy nie zdążyli. Rozumiesz?- W milczeniu przytaknął, po czym wyszedł z domu. Tak jak powiedziała, jej przyjaciele wyszli, udając się do domu komputerowca. Została sama z blondynem.
- Jak możesz być spokojna w takiej sytuacji?- powiedział oskarżycielsko. Irytowało go jej zachowanie. Wydawałoby się, że w ogóle nie przejmowała się sytuacją w jego rodzinie.
- Bo tylko ja potrafię w takim momencie trzeźwo myśleć. Odzyskamy ją- zapewniła.- Musisz przestać się denerwować, inaczej nie uratujemy jej. A teraz zabiera swój tyłek i jedziemy po Olivera. W tym nie potrafię kierować- wskazała na gips, po czym wyszli z domu.



           Pomimo, że powieki wciąż miała zamknięte, była już przytomna. Czuła zimno bijące od podłogi, na której leżała. Zanim wykonała jakikolwiek ruch, w głowie odtwarzała ostatnie wydarzenia. Dave. To ją spotkało pod koniec tego feralnego dnia, choć zapowiadał się tak cudownie.
Pamiętała obleśne łapska chłopaka, który ją porwał. To, jak przycisnął do jej twarzy dłoń z chusteczką, po czym po prostu odpłynęła.
           Lekko uniosła powieki, spoglądając na miejsce, w którym się znalazła. Był to jakiś stary magazyn, ale im bardziej otwierała oczy, tym bardziej wszystko stawało się jasne. Znała to miejsce. To był jej magazyn,  w którym jeszcze kilka tygodni temu chciała popełnić samobójstwo. A teraz miała zginąć. Chociaż nie wszystko na to wskazywało, w głębi czuła, że coś się stanie. Coś strasznego.
- O! Widzę, że mój Gołąbeczek już wstał- usłyszał radosny głos chłopaka, a następnie stanął tuż przed nią. Klęknął, próbując pomóc jej wstać. Choć się wyrywała, wciąż była bezsilna i otumaniona. Nie miała na tyle energii, aby móc go odepchnąć.- Daj spokój, Gołąbeczku. Chce ci tylko pomóc.
- Gdybyś chciał mi pomóc, nigdy byś mnie nie porwał- udało jej się wypowiedzieć tych parę słów.
- Gołąbku- wypowiedział to trochę surowiej niż zamierzał, ale zaraz się rozpromienił.- To nie ja wpadłem na ten pomysł. Gdyby to ode mnie zależało, nawet bym cię nie tknął.
- Jasne- prychnęła.- Tak, jak wtedy, gdy przyłożyłeś mi spluwę do głowy?
- To była nieudolna próba... Ale przyznaj. Tym razem mi się udało!
- Gratulację.
- Przestań się już dąsać, Gołąbku. Za niedługo oni po ciebie przyjdą, ja dostanę to co chce. On dostanie to co chce i wszyscy będą szczęśliwi!
- Nie nazywaj mnie tak!- Warknęła wściekła.- I kto ma dostać to co chce?
- Ach! Bo ty nie wiesz- zarechotał.- To jest bardziej pokręcone niż myślisz. Twój braciszek i Thea okradli bardzo niebezpiecznego człowieka, dla którego pracuję. A Luck... On jest tylko marionetką w naszej małej grze, Gołąbku- dłonią przejechał po jej twarzy. Zadrżała.- Szykuj się na małe przedstawienie- powiedział, po czym odszedł, zostawiając ją samą.



piątek, 4 lipca 2014

Rozdział 31


    Blondynka nie mogła znaleźć odpowiedniego miejsca dla siebie. Kręciła się, co rusz zmieniając pozycję na swoim łóżku. Było jej zbyt gorąco, jednak gdy ściągała kołdrę, atakowała ją fala zimna. W końcu nie wytrzymała. Wiedziała, iż ta przeprowadzka do Luck'a, nie daje jej spokoju. Była zbyt podekscytowana, szczególnie, gdy dzieliło ich zaledwie parę dni. Zdążyła się już wcześniej spakować. Wszystkie jej rzeczy były ukryte w kartonach, czy też torbach, schowane przed wścibską matką. 
W ciemnościach krążyła po ciemnym pokoju. Przystała na chwilę przed swoją toaletką. Wzięła do ręki zdjęcie, przyklejone do lustra. Przejechała palcem po osobie na nim. Oprócz siebie, dostrzegła tam też Laurę, którą nie widziała odkąd z powrotem znalazła się w tym mieszkaniu. Pomimo ich niechęci, tęskniła za nią. Za tą pyskatą buźką, która wciąż ją irytowała. Wiedziała, że będzie za nimi wszystkimi tęsknić, ale zasługiwała na szczęście, które wiązało się z zamieszkaniem z ukochaną osobą. 
Ubrała ciepłą bluzę i buty, po czym wyślizgnęła się z pokoju. Nie była to jej pierwsza ucieczka, jednak zapewne ostatnia. Już nieraz nocami wymykała się do niego i zawsze, ku zadowoleniu im obydwóm. Zeszła po metalowej drabince, po czym znalazła się na ulicy. Zimny podmuch wiatru, muskał jej twarz, więc nie zamierzała stać i marznąć, tylko od razu udała się pod jego dom. 
Długi nocny marsz, był lekarstwem na wiele problemów lub nurtujących pytań. Potrafił idealnie oczyścić umysł. A jej to bardzo pomogło.
Wspięła się po kamiennych schodach do jego domu i wsadziła klucz do zamka, po czym znalazła się w środku domu. Z salonu dochodził gwar rozmów, co ją zaniepokoiło. Hiszpan nie wspominał o żadnych nocnych wizytach.Udała się w jego kierunku, jednak po drodze wpadła na jego przyjaciela.
- Iza, co ty tu robisz?- warknął wściekły Rafael.
- Ja...- zająknęła się, wystraszona jego dziwnym tonem.- Ja przyszłam do Luck'a.
- On teraz nie może się z tobą spotkać. 
- Czemu? To zajmie tylko chwilkę...- zrobiła kilka kroków do przodu, dostrzegając białe paczki w salonie. Było ich zbyt wiele, aby policzyć w ciągu kilku sekund. Zastała w bezruchu, patrząc w prost na jego oczy. Chłopak od razu poderwał się z kanapy, przepraszając swoich towarzyszy. Dopiero, gdy pociągnął ją w stronę wyjścia, zdążyła zauważyć walizki wypełnione pieniędzmi i biały proszek, umieszczony na jakieś machinie, tuż obok otwartej paczki. Pozwoliła się poprowadzić w głąb mieszkania do sypialni. Gdy zatrzasnęły się za nimi drzwi, postanowiła od razu przejść do rzeczy.
- Co to jest?- zapytała, opierając się o parapet.
- Iza, to nie tak jak myślisz...
- Czyżby? Czy ty właśnie nie zamierzałeś sprzedać im narkotyki, w mieszkaniu, gdzie mieliśmy razem zamieszkać i wychować nasze dziecko? 
Milczał.
- Czy właśnie nie to zaszło? Luck! Co ty sobie myślałeś, sprowadzając to tutaj? Wiesz, co by się stało, gdyby policja tu wpadła? 
- Kochanie, proszę...
- Tylko nie kochanie- zagroziła.- Gdy Julka tu zostanie, nadal będziesz prowadził swoje interesy? Aż w końcu nie pozbawisz jej ojca?
- Nie mów tak- poprosił.- Nie zrobię tego już nigdy więcej w naszym domu. Będę trzymał pracę z daleka od was i naszego domu. 
- I myślisz, że to mnie uspokoi? Luck, martwię się o ciebie! Nie chcę cię stracić, a jak tak dalej pójdzie, ktoś w końcu stanie ci na drodze...
- Właśnie ty stanęłaś, a ja zamierzam z tym skończyć. Znajdę inną pracę, tylko muszę zakończyć ostatnie interesy, nim oddam komuś firmę. Wyjedziemy stąd i nikt nie będzie w stanie mi zagrozić.
Dziewczyna głośno przełknęła ślinę. Nie mogła uwierzyć w to co zauważyła. Te narkotyki były warte miliony, a on od tak trzymał je w swoim mieszkaniu, dokonując transakcji. Skoro jej bez problemu udało się wejść do domu, to jaki problem miałaby z tym policja? Albo ten gość od...
- Za późno Luck. Nie chcę być ponownie zaatakowana przez twojego znajomego. Wystarczy, że Dave już raz mnie zaatakował z twojego powodu- ruszyła w stronę wyjścia, a on nie zatrzymał jej. Pozwolił odejść, choć w głębi wiedział, że teraz obydwoje potrzebują czasu. Ona musiała ochłonąć, a on zająć się ochroną dla swojej ukochanej.






-...Widziałam go z mamą i wiedziałam, że nie wróży to niczego dobrego. Poszperałam trochę i znalazłam potrzebne informację. Dowiedziałam się prawdy. Śmiercią matki mnie dobiła, i wszystko co do tego doprowadziło. Więc zapragnęłam zemsty. Oni zniszczyli moje życie, a ja chciałam się im odpłacić. Poznałam dużo osób, miałam różne kontakty i kręciłam się wśród poważnych ludzi. Przygarnęli mnie do siebie i uwolniłam się do tamtej rodzinki. Stworzyłam własny zespół i zaczęłam wszystko planować. Wkrótce wprowadziłam swój plan, ale i tak to było za mało. Aż w końcu odnalazłam ciebie. Siedziałeś tam, samotny i załamany. Chciałam się spotkać z starym znajomym mojej matki, który chciał mnie zapoznać z moim prawdziwym ojcem, nim będzie to za późno. Ale widząc ciebie, zrozumiałam, że znaczysz dla mnie o wiele więcej niż ten dupek... Przepraszam- bąknęła, widząc ból w jego oczach.- Dla ciebie on coś znaczył...
- Ale nadal nie rozumiem, dlaczego chciałaś to zrobić. Mogłaś iść z tym na policję i oni by cię wyręczyli w tym- odparł Oliver, wypijając kolejną szklankę alkoholu.
- Oni byli zbyt potężni, aby od tak dali się złapać policji. Poznałam jedną babkę z CIA i wyznała, że wiedzą o tym co zrobił, ale nie mają żadnych dowodów, aby go zamknąć. Więc skoro oni byli bezradni, to po co miałabym cokolwiek zgłaszać?
- Ty byłaś dowodem- przyznał.- Nie wiem, jak zniszczył wam życie, ale widziałaś to.
- Byłam zwykłym dzieckiem. Mogłam sobie przecież to wymyślić, żeby jakoś pogodzić się ze śmiercią matki.
- To jakiś absurd- westchnął.- Czy zwykła zemsta mogłaby do czegoś takiego doprowadzić?
- Moja matka była zwykłą kurwą, Oliverze- poczuła jak dłoń blondyna zaciska się na jej ręce. Powstrzymywała łzy, na to wspomnienie.
- Nie musisz mówić o tym- szepnął Bash.- On to zrozumie.
- Nie- przerwała kategorycznie.- On jest moim bratem i zasługuje naprawdę.
- Thea... Możemy to kiedy indziej omówić. Jeśli...
- Popełniła samobójstwa, bo uzależniła się od tego faceta. Była na każde jego zawołanie, a gdy zrozumiała, że skurwiel dobierał się do mnie, nie wytrzymała. Strzeliła sobie kulkę w łeb.
- Thea...- mruknął zszokowany chłopak. Dziewczyna wstała i sięgnęła po butelkę Whisky, stojącą na stole i upiła kilka łyków.
- Przez niego nie miałam nic, póki nie spotkałam ciebie. Zawsze byłeś dla mnie jak brat, więc poczułam się znów kochana. Komuś na mnie zależało.
- Zawsze mi na tobie zależało- przyznał.- I nadal będzie. Bez względu na co się stanie.
- Porzuciłam swoje plany zemsty. Chciałam zacząć od nowa. Póki na jednej z naszych imprez nie pojawił się jego pracownik. Wiedział kim jest mój ojciec i znał mnie. Zaczął mnie szantażować, a ja w końcu nie wytrzymałam. Strzeliłam do niego. 
- To... To było wtedy, gdy przyjechała policja?
- Tak. Pozbyłam się ciała i wszystko zatuszowałam. Później było inaczej. Wznowiłam swoją ekipę i próbowałam ukryć swoje akta. Wcześniej byłam już notowana, więc trochę o mnie wiedzieli. Jeździłam po całym świecie. Robiłam jakieś lewe interesy, byleby mieć kasę na utrzymanie was. Zaczęłam znowu się ścigać, ale nie dla pieniędzy. Była to forma pewnego relaksu dla mnie. Gdy jechałam, nie liczyło się nic poza tym. Moje myśli skupiły się na jeździe i to pokochałam.
- A ja próbowałem ci to zabrać...
- Chciałeś dla mnie jak najlepiej, za co jestem ci niezwykle wdzięczna. Każdy twój protest, utwierdzał mnie tylko w tym, że nie zrezygnujesz z naszej przyjaźni i będziesz mnie wspierał pomimo wszystkiego.
- Mamy mało czasu- westchnął blondyn, chowając swój telefon.
- Nie mów, że znowu odchodzisz...
- A ty ze mną, Oliverze. Nie żartowałam, gdy mówiłam, że przyjechałam po ciebie. Nie jesteś tu bezpieczny. Zrobiłam co mogłam, aby cie ukryć, ale to wciąż za mało. Oni tu są i nie zawahają się uderzyć.
- Czemu? Przecież ja ich w ogóle nie znam...
- Ale znasz mnie. Jesteś moim bratem, a my jesteśmy dziećmi jego wspólnika. Nie wiem, co między nimi zaszło, ale żywi do nas pewną urazę. Wykorzystał moją matkę, aby mu dopiec i, gdy to się nie udało, postanowił go zabić.
Wszyscy wzdrygnęli się, słysząc dzwonek do drzwi. Nikt nie ruszył się z miejsca. Byli zbyt przerażeni i pogrążeni w bólu, aby zdobyć się na tak śmiały gest. Wyznanie siostry wstrząsnęło nim doszczętnie, aby mieć nogi jak z waty. Myślał, że po tylu latach znajomości, zna ją jak własną kieszeń. Nie wiedział, jak bardzo się myli...
- Oliverze, to Melody i Jack- powiedziała, wskazując na przybyłych gości.
- My... już się znamy- bąknął zdezorientowany chłopak.- Wy też w tym siedzicie?
- Właściwie to- zaczęła dziewczyna.- Jesteśmy twoimi sponsorami.
- Co?! Ale, jak?
- Normalnie- odezwał się chłopak.- Mieliśmy mieć cię na oku i zapewnić wszystko czego potrzebowałeś. Więc to był najbezpieczniejszy sposób.
- No fakt...- przyznał.- I co teraz? 
- Teraz będziemy musieli wyjechać. Tu nie jest bezpiecznie, a ja nie zamierzam ryzykować. Oni zabiorą cię w bezpieczne miejsce, gdzie wszyscy się spotkamy i pozostaniesz tam, póki wszystko nie załatwimy.
- Ty chyb sobie żartujesz, Thea! Mam siedzieć bezczynnie, gdy ty będziesz ryzykować życie, abyśmy byli bezpieczni?
- Oliverze...- zaczęła, choć nie dane jej było skończyć.
- Nie obchodzi mnie to, jak bardzo jest niebezpiecznie. Pojadę z wami, ale pod jednym warunkiem.
- Nie pozwolę ci się w to mieszać!
- A masz jakieś inne wyjście?- zapytał, uśmiechając się cwaniacko. 
- Zawsze mogę cię związać i wrzucić do bagażnika- odparła, po chwili namysłu. 
- Aniołku, my na prawdę nie mamy czasu na wasze kłótnie- wtrącił się Bash. - Za dwie godziny mamy lot.
- Gdzie lecimy?
- A więc jednak jedziesz z nami!- pisnęła brunetka, klaszcząc w dłonie.- Weź najpotrzebniejsze rzeczy, resztę dokupimy na miejsc...- odwróciła się i spojrzała na nowo przybyłą osobę.- Cholera- zaklęła pod nosem. W jej idealnym planie, pojawiła się luka. Wielka dziura, którą nie przewidziała.
Spojrzała znowu na gościa i zrobiło jej się żal. Dziewczyna wyglądała na wyraźnie wstrząśniętą. Zdezorientowana i załamana.
- F...Feliks?- Wymamrotała drżącym głosem.- Ale...Ale ty nie żyjesz...
- Iza- powiedział jej brat.- Wytłumaczę ci wszystko- zrobił krok w jej stronę, a ona cofnęła się, hacząc o ścianę i obrazek, który na niej wisiał.
- Nie zbliżaj się do mnie- rozkazała, biegnąc w stronę wyjścia. Nie reagowała na wołanie. Była oszołomiona i ledwo trzymała się na nogach.
Z trudem udało się jej wybiec na ulicę i skręcić do pierwszej lepszej ulicy. Łzy spływały po jej policzkach, pomimo, że nie chciała tego. Już wystarczająco opłakała swojego zmarłego brata, więc teraz, gdy okazało się, że on jednak żyje, powinna być szczęśliwa... Chociaż nie chciała. Oszukał ją i okłamał, a myślała, że jest dla niego ważna. Najwyraźniej się myliła...
Załzawione oczy, nie pozwoliły jej dostrzec mężczyznę, który znalazł się przed jej drogą. Barkiem zahaczyła o jego ciało. Na miękkich nogach zatoczyła się, lecąc ku ziemi. Jednak od upadku uchronił ją nieznajomy. Płakała w jego ramionach i dopiero, gdy się trochę uspokoiła, spojrzała na mężczyznę. Przez jej ciało przeszedł dreszcz, chociaż tym razem wiedziała, że już gorzej być nie może.
- Witaj kochanie- powiedział delikatnym głosem.- Może w końcu dokończymy naszą zabawę?



Obserwatorzy