niedziela, 14 grudnia 2014

Rozdział 36

Witam wszystkich <3 Tak... w końcu nowy rozdział ^^ Chociaż nie tak dawno dodałam poprzedni...
Dzisiaj przychodzę do Was ze specjalną notką :3 Otóż właśnie mija rok odkąd pojawiło się moje pierwsze opowiadanie na blogspocie Ostatni taniec .
 Jestem Wam bardzo wdzięczna, za to, że zmarnowaliście trochę czasu na moje bazgroły :3 Tak naprawdę nic bym bez Was nie osiągnęła, bo to właśnie Wy motywowaliście mnie do dalszego pisania. Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną przez kolejny rok.
Pozdrawiam :3
Seo.

PS. Postaram się do świąt nadrobić wszystkie zaległości na Waszych blogach. Przepraszam, ale po prostu nie miałam ostatnio zbytnio czasu :c I zapraszam także na mój nowy wymysł :




 Czarny Suzuki GSX zaparkował przed starym blokiem. Młoda dziewczyna ściągnęła kask z głowy, po czym zawiesiła go na lusterku. Wzięła głęboki wdech, chcąc się przygotować na to co za chwile miało nastąpić. Nie chciała tego robić. Ale zapragnęła zamknąć wszystkie zaległe sprawy zanim odejdzie.
 Lekko pchnęła drzwi, które otworzyły się z okropnym skrzypnięciem. Brunetka nie ukrywała swojego zniesmaczenia. Wielki grymas zagościł na jej twarzy. Ruszyła schodami ku górze, aż w końcu zatrzymała się przed brązowymi wrotami. Zapukała delikatnie, chociaż miała ochotę walić w nich tak mocno, jak byłoby to możliwe.
- Idę! - usłyszała kobiecy głos, a po chwili otworzyły się drzwi ukazując w nich drobną kobietę. - Ty - powiedziała przerażona patrząc na swojego gościa.
- Witaj, Anno - powiedziała łagodnie. - Możemy porozmawiać?
Blondynka, choć niechętnie, wpuściła ją do środka wskazując ręką pomieszczenie, do którego ta miała się udać.
- Może... Może chciałabyś czegoś się napić? - zaproponowała. Dziewczyna przecząco pokręciła głową.
- Przyszłam wyjaśnić kilka spraw. Nie zajmie nam to długo.
 Dziewczyna rozsiadła się na kanapie, po czym zaczekała, aby jej towarzyszka także zajęła miejsce. Poczuła jak wszystkie nerwy opuszczają jej ciało. Została tylko złość.
- Pragnę cię powiadomić, że zamierzam zabrać Izę. Wyjeżdżamy i ona jedzie z nami.
- To dobrze - odparła kobieta wypuszczając głośno powietrze. Brunetka uniosła pytająco brew.
- Nadal nie rozumiem dlaczego jej tak nie lubisz...
- Nienawidzę jej! - przerwała. - Jest zakałą naszej rodziny! Gdyby nie ten pieprzony bękart, bylibyśmy wszyscy razem... Przez nią straciłam syna! - krzycząc wyraziła swoją opinię.
- Nie życzę sobie, żebyś w mojej obecności się tak o niej wyrażała - odparła ze spokojem. - Iza nie zasługuje na takie traktowanie. Nie powinniśmy płacić za błędy swoich rodziców - wiedziała, że te słowa nie są skierowane tylko do niej. Mówiła także o sobie.
Anna prychnęła.
- Próbowałam ją pokochać, jakby była moim dzieckiem. Ale za każdym razem, gdy na nią patrzyłam, widziałam zdradę matki. Do dziś nie rozumiem, jak ojciec mógł jej to wybaczyć. A teraz dowiaduję się, że moja kochana mamusia przepisała cały swój majątek tej zdzirze, a nam ani grosza. Nawet nie pomyślała o swojej wnuczce!
- A czy ty pomyślałam o tym, jak ona się czuła? Za każdym razem, gdy jej ubliżałaś... Ta dziewczyna próbowała popełnić samobójstwo. Prawie przedawkowała, a dzisiaj omal nie została zamordowana. Nawet nie zareagowałaś, gdy uciekła z domu.
- Zgłosiłam sprawę na policji!- oburzyła się kobieta.
- Wyjaśnijmy sobie wszystko. Zachowujesz się gorzej niż dziecko. Mam gdzieś, że przyjaźniłaś się z moją matką. Nic już nas nie łączy. Iza jest twoją przyrodnią siostrą i powinna być traktowana, jak normalny człowiek. Obarczyłaś ją winą za śmierć swojego syna, ale prawda jest taka, że Feliks żyje. Upozorowaliśmy jego śmierć, gdy było pewne, że wspólnicy ojca mnie znaleźli. W ten sposób mieli myśleć, że wyjechałam, bo nic mnie tu już nie trzymało. Ale nigdy nie przestałam wam pomagać i nie spuściłam oka z Izy. Widziałam, jak ledwo radziła sobie w szkole. Nie z nauką, tylko z ludźmi. Kiedyś była radosną dziewczynką, ale przez ten wypadek i ciebie zamknęła się w sobie i cierpiała w samotności. A później okazało się, że jest w ciąży... Urodziła, ale nie oddała dziecka. Julka jest jej córką. Magda zawsze ją wspierała i nigdy nie miała problemu, że była owocem zdrady waszej matki. A ty jako jej siostra także powinnaś przy niej być, a nie tylko utrudniać sprawę - wzięła głęboki wdech. - Nie dziwię się, że matka cię za to wydziedziczyła. Nawet to udawanie wspaniałej "mamusi" nie przyniosłoby ci żadnej korzyści. Więc skoro Iza będzie przy nas, nic już od ciebie nie potrzebuję. Możesz zadzwonić do swojej córeczki i kazać jej wracać, bo ja już nie będę opłacała jej hotel, byleby utrzymać ją z dala od Izy. I dla twojej wiadomości: Feliks także nie ma ochoty cię widzieć. Brzydzi się twoim zachowaniem. - Nie czekając na żadną reakcję, wyszła z domu.
 Wsiadła na motocykl i założyła kask. Odpaliła silnik, a po chwili poczuła tępy ból w dłoni. Jednak to jej nie przeszkodziło przed opuszczeniem tego miejsca.
 W końcu powiedziała prawdę. Przestała ukrywać to przez wzgląd na przeszłość. Zanim trafiła do rodziny adopcyjnej, Anna zajęła się nią. Zaopiekowała i zadbała, aby nic jej nie brakowało. Przez lata obserwowała, jak traktuje ona swoją przyrodnią siostrę. Chociaż wiedziała, że dla młodej dobrze było dorastać przy Annie, to w końcu musiała się sprzeciwić. Nigdy nie zaakceptowała jej jako swojej siostry, a tym bardziej jako córki. I może przez kilka lat pomagała tej rodzinie ze względu na zobowiązania, ale teraz miało się to już skończyć. Na szczęście.


  Dziewczyna próbowała unieść powieki, jednak za każdym razem dopadał ją dziwny ból głowy. Im więcej ruchów wykonywała tym większe odczuwała pulsowanie. Z kolejną próbą stało ono się ledwo wytrzymywane. W końcu odpuściła, jednak słysząc otwierające się drzwi automatycznie otworzyła oczy. Zadrżała.
 - Ciii - powiedział chłopak, uśmiechając się do niej blado. 
 Podszedł do okna, które zasłonił, a następnie odstawił kubek gorącego kakaa na szafce. Usiadł obok Izy.
 - Jak się czujesz? - od razu pożałował swojego pytania. Bo przecież jak ona mogła się czuć? Prawie zginęła. Chociaż została ciężko ranna, a to Luck stracił życie... Nie miała żadnych powodów do radości. Żadnego uśmiechu czy też wesołości. Po prostu jeden wielki smutek, który chyba już na stałe zagościł w jej sercu. 
 - Czy dostałabym coś na ten okropny ból głowy? Mam wrażenie, jakby ktoś ćwiczył stepowanie na mojej głowie... - poskarżyła się. 
 O dziwo, jej słowa rozbawiły Olivera. 
- Mówię poważnie, Ollie... Boli jak cholera.
- Dobrze, postaram się coś załatwić. Iza, chciałabyś... No wiesz - jąkał się. - Czy chciałabyś pogadać ze mną o tym co się stało?
 Dziewczyna przez chwilę wahała się z odpowiedzią. Czy chciała? Oczywiście. Musiała wypowiedzieć na głos swoje myśli. Podzielić się z kimś swoimi uczuciami. Po prostu puścić je w obieg, aby ją już nie męczyły. Ale wiedziała, że jeśli zacznie się temat tej feralnej nocy, zaczną również rozmawiać na temat ich przyszłości. A ona nie była gotowa myśleć o niej bez Lucka u boku. 
- Ollie, co ze mną będzie? - zapytała.- Co będzie z moją nogą? Widziałam, jak głęboko wbijał ostrze.
- Nic z nią nie będzie. Lea jest świetnym lekarzem. Wystarczy, że twoja rana się zagoi i możesz biegać, skakać, tańczyć... Będziesz mogła robić wszystko co ci się podoba. Ale jeśli nie będzie w pełni sprawna, będziesz musiała mieć rehabilitacje. Czyli będziesz musiała poczekać kilka miesięcy zanim zaczniesz skakać - wytłumaczył.
- A jeśli rana była gorsza niż przypuszczaliście? Jeśli nie stanę na nogi i będę...
- Jeśli nie będziesz mogła chodzić, co jest mało prawdopodobne, to skończą się kakaa do łóżka. Będę twoim osobistym tragarzem, ale jeśli mi przytyjesz, to moje ego może na tym ucierpieć.
 Iza wybuchła śmiechem. Dźwięk ten był ulubioną muzyką dla niego. Uwielbiał słuchać, jak ona się śmiała. Szczególnie, gdy był tego powodem.
- Za niedługo Thea powinna wrócić. Pewnie też chciałaby z tobą porozmawiać - po tych słowach dostrzegł jak jej wyraz twarzy się zmienia. Jakby została przywrócona do prawdziwej rzeczywistości, wyrwana z najwspanialszej bajki.  - Iza, nie przejmuj się. Wiem, że teraz to tak nie wygląda, ale naprawdę mamy plan jak wszystko naprawić. 
- Nie chcę żebyście mieli jeszcze mnie na swojej głowie. Już wystarczająco narobiłam wam problemów. Jak tylko odzyskam siły wrócę do domu i dam wam święty spokój.
 Chłopak chwycił jej dłoń w swoje, a następnie złożył delikatny pocałunek na jej opuszkach. 
- Iza. Nie jesteś dla nas żadnym ciężarem, a ja mam nadzieję, że nas nie zostawisz. To co ci się wydarzyło... nie jest twoją winą. Po prostu stałaś się niewinną ofiarą.
 Dziewczyna przymknęła na chwilę powieki. Zmęczenie dawało o sobie znaki, jednak chciała dokończyć tą rozmowę i mieć ten temat za sobą. Jednak zanim coś zdążyła z siebie wykrztusić w pokoju rozniosło się pukanie. Oliver od razu stanął na nogi. 
- Możesz zostawić nas samych? - zapytała brunetka wchodząc do pokoju.
- Iza chciała coś przeciwbólowego - zakomunikował opuszczając pomieszczenie.
Brunetka otworzyła szufladę i wyciągnęła z niej niewielką strzykawkę. Po chwili napełniła ją bezbarwnym płynem, który wstrzyknęła dziewczynie. Ta lekko jęknęła. 
- To morfina - oznajmiła spokojnie.- Zaraz powinna zacząć działać.
- Thea...- zaczęła. - Musimy porozmawiać.
- Tak, wiem - odparła. - Mam ci naprawdę dużo do opowiedzenia i mam nadzieję, że mnie uważnie wysłuchasz. Od razu zmienię ci opatrunek - powiedziała po czym sięgnęła po nerkę, w której leżały szczypce i gazy. - Luck mi powiedział, że ty wiesz. I to kwestia czasu kiedy wszystko sobie posklejasz. Myślę, że właśnie nadszedł ten czas, a ja w końcu muszę przestać oszukiwać i chociaż jednej osobie powierzyć swój sekret. 
 Poznałam Lucka na wakacjach w Hiszpanii. Mój przybrany ojciec często wyjeżdżał w różne delegację, a ja z przyjemnością mu towarzyszyłam. Jak zwykle zatrzymaliśmy się w jakieś willi. Gdzie byś nie spojrzała tam górował przepych. A Luck pracował jako chłopiec na posyłki. Razem z Rafaelem. Zwykle spędzałam popołudnia w ogrodzie i w końcu ich poznałam. Na początku świetnie się dogadywaliśmy. Ułożyliśmy sobie plany na przyszłość... Takie dziecięce marzenia. Później jednak było coraz trudniej. Doskwierała im bieda, a ojciec nie pozwolił mi się do nich odzywać. 
 Nie wiem jakim cudem, ale zabrał ich na spotkanie w Chinach. Ucieszyłam się, że mieli okazję zwiedzić kawałek świata, ale to nie o to chodziło. On chciał ich sprzedać jako niewolników. Wzorowy ambasador zajmował się handlem dzieci. Domyśliłam się tego, gdy poznałam tego skurwysyna na zebraniu. Jeszcze tego samego dnia spakowałam się i uciekłam. Chłopaki pojechali ze mną. 
 Błąkaliśmy się od domu do domu, szukając schronienia. Pieniądze też się kończyły, jednak oni nie pozwolili mi pracować. Sami zaczęli kraść, żeby starczyło nam na jedzenie. Gdy mieliśmy po dwanaście lat, Rafael znalazł pracę w warsztacie. Jak na tak młodego chłopaka był bardzo wysoki i wysportowany. Podczas gdy Luck szukał jeszcze jakieś roboty, ja całymi dniami pomagałam w warsztacie. Aż sama nauczyłam się naprawiać samochody. Pracujący tam chłopaki polubili mnie i byłam tak jakby ich oczkiem w głowie. 
 Pewnego dnia Luck przyszedł do domu i oznajmił, że znalazł dla nas idealne miejsce. Poznał ludzi, którzy zapewnią nam wspaniałą przyszłość. Nie udawaliśmy naszego wahania. W końcu zaczęło nam się układać, a on ot tak chciał to wszystko porzucić. Ale byliśmy rodziną. I zawsze trzymaliśmy się razem. Postanowiliśmy jeszcze trochę zarobić i iść tam, gdzie Luck chciał. W sumie to była słuszna decyzja, gdyż parę dni później do warsztatu przyjechał Dave. Nie krzyw się tak - zagaiła ją. - Znałam go z domu dziecka i to było wspaniałe uczucie rozpoznać znajomą mordę tak daleko. Dave także opuścił to miejsce. Próbował mnie znaleźć, ale usłyszał, że ja sama uciekłam. Jakimś cudem dotarł do Chin i, w końcu, do mnie. 
 Wraz z nami opuścił to miejsce i udał się do obozu " radości " - jak to zwykle mawiał Raff. Szybko okazało się, że nie jest tak pięknie jak myśleliśmy. To miejsce było istnym koszmarem. Zaczęto uczyć nas różnych sztuk walki i to w bardzo bolesny sposób. Można by powiedzieć, że szkolono nas na jakiś ninji. Potrafiliśmy zabijać gołymi rękami. 
 Chcieliśmy odejść, ale nawet nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Jednak wpoili nam jedną zasadę, że duma i honor to przywilej nie nagroda. Nie mogliśmy zrezygnować z walk, bo tak stracilibyśmy naszą dumę i zbestrześcilibyśmy nasz honor. Aby opuścić ten horror, musieliśmy zaliczyć pełny trening. A kończył się on śmiercią naszego przeciwnika.
 Po paru latach odeszliśmy. I nigdy nie wróciliśmy do tego co tam się wydarzyło. 
 Otworzyłam z Rafaelem warsztat. Dave i Luck też często wpadali podrasować auta czy też w odwiedziny. Aż w końcu Dave namówił mnie na mały skok. Bo przecież czym byłoby życie, gdybyśmy nie mogli z niego czasem sobie zakpić? Po co szkoliliśmy się, skoro nie używaliśmy naszych umiejętności? I tak obrabowaliśmy pierwszy jubiler... 
 Nie powiem, że nie, ale bardzo mi się to spodobało. Ta adrenalina, ten dziwny dreszcz... Wszystko było znakomite i uzależniające. Z czasem zebrałam własną ekipę. Właśnie miałam jechać na swój wyścig, gdy dostałam telefon od przyjaciela mojej matki. Nie powiem, że nie była okropną matką, ale mnie kochała na swój pogrzany sposób. A z jej przyjacielem utrzymywałam jeszcze kontakty. Powiedział, że jeśli chcę poznać swojego biologicznego ojca powinnam jak najszybciej przyjechać do szpitala. I tak też zrobiłam.
 Dzięki temu poznałam Olivera. Na początku dalej robiłam to co kochałam. I do tego towarzyszył mi Ollie, co było wspaniałe. Jednak nie chciałam, aby i on paprał się w tym gównie. Był na to zbyt porządny. Po jakimś czasie zaczęłam się zastanawiać nad tą całą sytuacją. Zaczęłam grzebać i dowiedziałam się, kim tak naprawdę on dla mnie jest. A wtedy różne brudy z przeszłości postanowiły wypłynąć. 
 Znalazłam tego gościa, który dręczył moją matkę i postanowiłam się na nim zemścić. Zabiłam jego dwóch synów, którzy powoli zaczęli iść w ślady tatusia. Jednak on szybko się o tym dowiedział. I o mnie też. 
 Robiłam w życiu różne głupstwa, ale zawsze starałam się jakoś je naprawić. Dostać jeszcze jedną szansę od życia. Wyjechałam, chcąc zapomnieć o tym wszystkim, ale okazało się, że to życie, ta adrenalina, to jest moja prawdziwa natura, której nie mogłam się wyprzeć. Więc ją przyjęłam i zaakceptowałam. Zaczęłam polować na jego córkę, żeby zakończyć z nim wszystkie sprawy. Dzięki temu poznałam Basha. Na jego widok odebrało mi mowę i już wtedy wiedziałam, że to właśnie ten jedyny. 
 Iza, miłość potrafi człowieka zmienić. Może nie aż tak na lepsze, ale na pewno coś się z nim dzieje. W końcu doszłam do tego, że moje życie to jeden, pieprzony, zbieg okoliczności. Okazało się, że to ty jesteś jego córką. A Anna nie jest twoją biologiczną matką.

 Dziewczyna zamknęła powieki i próbowała przetrawić te informacje. Czy to możliwe? Czy jej historia jest prawdą? Czy Thea rzeczywiście zabiła jej przyrodnie rodzeństwo? 
 Miała olbrzymi mętlik w głowie i dużo pytań. W końcu doszło do tego, że sama nie wiedziała kim jest. I nie chciała wiedzieć. 



środa, 3 grudnia 2014

Rozdział 35

Samochód z piskiem opon zatrzymał się na podjeździe. Brunetka niemal wyskoczyła z pojazdu.
- Zanieście ją do salki!- krzyknęła i, nie obracając się, pobiegła do środka. Nie wiedziała, czy zdąży, ale za wszelką cenę chciała jej pomóc. Musiała to zrobić dla niej, jak i dla siebie.
Wbiegła do pokoju, kierując się do starego kufra, schowanego pod łóżkiem. O jego obecności wiedział tylko Bash i tak miało pozostać. Błędy przeszłości mąciły jej sumienie, ale chciała o nich zapomnieć. Starała się to zrobić, chociaż nie było łatwo. Chwyciła za klamrę, chcąc go otworzyć i poczuła piekący ból w dłoni. Dopiero teraz przypomniała sobie, iż jej ręka także nie jest w dobrym stanie. Ale to nie było ważne. Przynajmniej nie w tej chwili.
Sięgnęła po małą paczuszkę białego proszku, który zmieszała z suszonymi ziołami. Powstały proszek zaniosła do piwnicy, gdzie znajdowała się Iza. Chłopaki położyli ją na stole.
- Zagotuj wodę- poleciła brunetowi. Ten włączył czajnik, jednak myślami był daleko. Bał się, że może ją stracić.
Thea odwiązała materiał przy jej nodze. Zaklęła w duchu, widząc głębokość rany. Nie była pewna, ale podejrzewała, że wdało się już zakażenie, a połączone z trucizną, nie wróżyło nic dobrego.
- Wymieszaj to z wodą- rzuciła na blat, przygotowany wcześniej proszek. Zajęła się odkażaniem rany. Duża ilość wody utlenionej wymyła wszystkie brudy z jej wnętrza. Brunetka, gazą, usunęła nadmiar wody i krwi. Teraz mogła dobrze przyjrzeć się jej obrażeniom. Wyciągnęła kawałek metalu z jej nogi, po czym ponownie przemyła ranę. Nie wyglądało to za ciekawie. Ale jeszcze nie wszystko było stracone.
- To nie chce się rozpuścić- narzekał chłopak, mieszając zawartość.
- Bo to nie ma się rozpuścić!- krzyknęła, po czym wyrwała mu małą miseczkę z dłoni. Mieszanka stała się bardzo gęsta, przypominając jakąś maść. Delikatnie rozsmarowała ją po ranie i gazie, którą potem przyłożyła do nogi. Wszystko zawiązała bandażem, usztywniając nogę. Dziewczyna podczas tego zabiegu, nawet nie drgnęła.
Brunetka głośno odetchnęła z ulgą.
- Co z nią będzie?- odezwał się jej brat. Odwróciła się do chłopaka, dostrzegając teraz innych w pomieszczeniu. Nie tylko Iza oberwała. Inni także mieli na sobie różnej maści siniaki, zadrapania i inne rany. Dostrzegła także ślad po postrzale na ramieniu Melany. Sięgnęła ponownie do apteczki z której wyciągnęła kilka gaz i szczypce. Wyciągnęła pocisk, obmyła i zabandażowała ranę. Teraz miała ochotę znaleźć się w ramionach Basha, który tuliłby ją i pocieszał. Ale teraz nawet bała się spojrzeć na niego. Wiedziała, że zawaliła. Nie domyśliła się oczywistego i naraziła swoją rodzinę. Jak mogła tego nie dostrzec, wiedząc jakie są relacje Dave i Lucka? Jak mogła się tego wszystkiego nie domyśleć? Mogli iść przecież na kompromis... I nikomu nic by się nie stało. No prawie nikomu...
- Speedy- zaczął jeden ze snajperów.- Co tam się, do diabła, stało?
Wypuściła głośno powietrze, zanim odpowiedziała.- Rozdzielili nas zaraz po wejściu do magazynów. Nie wiem jak to możliwe, ale dostali się na naszą falę radiową i nas zmylili. 
- Ale nikomu nic się nie stało, prawda?
- Złapali nas wszystkich... Ale czemu nas wypuścili?- dobiegł ją zmartwiony głos Basha.
- Bo dostali to czego chcieli- gula w jej gardle znowu się pojawiła. - Zanieście ją do pokoju na górze- poleciła.- Później przyjdę i podłącze jej kroplówkę- powiedziawszy to, po prostu wyszła z pomieszczenia, kierując się na zewnątrz. Fala gorąca biła od niej na kilometr, powodując problemy z oddychaniem. Musiała się przewietrzyć. Poczuć świeże powietrze na skórze. 
Otworzyła balkon, po czym udała się do najbardziej oddalonego miejsca. Usiadła na fotelu, znajdującym się w samym rogu. Była cała roztrzęsiona i jedynie czego teraz pragnęła, to zamknąć się w pokoju i pozwolić łzom wydostać się na zewnątrz.
- Zawaliłam- oznajmiła, wiedząc, że chłopak przyszedł za nią. 
- To nie twoja wina- zaprzeczył niemal od razu. Mógłby jej to powtarzać codziennie, ale ona i tak wiedziała swoje. - Razem wszystko zaplanowaliśmy i razem powinniśmy ponosić konsekwencje. To ja tu jestem najbardziej winny. Ona jest moją siostrą, a ja jej nie ochroniłem...
- Sama cię w to wpakowałam- powiedziałam.- Ja zadarłam z tymi ludźmi i to... Och! Filip! Proszę, zostaw mnie samą... Muszę to wszystko jeszcze raz przemyśleć- zawsze tak robiła po każdej akcji. Wszystko ponownie analizowała, wyszukując błędy, które mogłaby użyć w przyszłości. Zawsze miała wszystko dopasowane do najmniejszych szczegółów. 
- Thea, musisz ze mną porozmawiać- oznajmił.- Wiem, że tam się coś stało. Niby dlaczego nas najpierw pozamykali, a później jakby nigdy nic, po prostu wypuścili? Znalazłaś Dave'a? Rozmawiałaś z nim?- narzucał na nią kolejne pytania, na które nie miała ochoty odpowiedzieć.
- Luck nie żyje- powiedziała oschłym głosem.- O to im właśnie chodziło. Dostali go, więc po co im my? 
Bash otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął, gdy ubiegł go ktoś inny.
- Możesz nas zostawić samych?- zwrócił się do niego.- Muszą napisać protokół...- zaczął, ale blondyn zbył go ruchem dłoni. 
- Pójdę sprawdzić co z Izą- powiedział i wszedł do środka. Wiedział, że nic nie wskóra, ani nie pomoże, gdy Speedy wraz z Profesorem będą pisać jakieś notatki. 
- Słyszałeś naszą rozmowę- stwierdziła, spoglądając na niego. 
- Tą, na której obrzucaliście się nawzajem winą? Czy tą, gdzie chcesz się poświęcić. Serio? Krzesło elektryczne? Gdzie my, kurwa, jesteśmy w jakimś średniowieczu? 
- Nie wyrażaj się- warknęła.
- Thea! Jesteś moją siostrą i nie pozwolę, aby ci się coś stało.
- To jest nas dwóch, bo ja nie chcę, aby coś tobie się stało.
Usiadł obok niej, po czym wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Wsunął jednego do ust i odpalił się. Zamknął na chwilę powieki, zaciągając się jego dymem. Otworzył je jednak, gdy dziewczyna głośno zakaszlała.
- Wiesz, że musisz rzucić palenie bo Oliver zostanie z nami na dłużej? 
- Przyzwyczai się - odparł spokojnie.- Chce żeby z nami został. On i Iza. 
- Zostaną- zapewniła.
- Powiesz im o tym?- zapytał się jej.
- Nie- pokręciła głową.- Nie zgodzą się na to. Bash nie pozwoli mi odejść, a oni was zabiją...
- Uciekniemy przed nimi. Wyjedziemy, ukryjemy się. Może... Może jeśli powiesz im prawdę o sobie, zrozumieją?
Brunetka spojrzała na niego przerażona.
- Skąd ty to wiesz?!
- Ej! To ja ukrywałem wszystkie informacje o tobie. Więc trochę pogrzebałem i... to prawda? To z twoją matką?
- Pytasz się, czy to prawda, że moja matka podcięła mi żyły, a później sama strzeliła sobie w łeb? Proszę- pokazała mu wewnętrzną stronę nadgarstków, gdzie widniały dwie grube szramy. Jej znak przeszłości. 
- I to wszystko przez tego gościa?- Przytaknęła.- A teraz on chce zabić ciebie...
- Bo zniszczyłam jego życie. Zabiłam jego dwóch synów. I mam za swoje, widzisz?- Zaśmiała się bez krzty wesołości. 
Chłopak skończył palić papierosa i wyrzucił peta do popielniczki. 
- A to co zrobiłaś z Izą? 
- Nie odpuścisz?- uśmiechnął się do niej. Wolała mu to sama opowiedzieć, niż jakby miał się dowiedzieć na własną rękę. Patrząc na to z innej perspektywy, mógł zrozumieć to na opak.- W Chinach poznałam dużo osób, które potem znalazły mnie w domu. To dzięki nim uciekłam. Pomagali mi i wyszłam na swoje. Szkolili mnie i uczyli swoich tradycji. Gdy w końcu stanęłam na własne nogi, zobaczyłam, że to nie dla mnie. A ot tak nie można było od nich odejść. Myślałam, że Dave także od nich odszedł... Ale podejrzewam, że to on zostawił ten ślad na jej nodze. To znak zemsty. Zwykle jest to drobne rozcięcie w tym kształcie. Trucizna na ostrzu w ciągu kilku godzin dostanie się do układu krwionośnego i powoduje paraliż całego ciała. My mieliśmy na to lekarstwo i, dzięki Bogu, ja postanowiłam go zachować. To powinno jej pomóc.
- Należałaś do klanu ninja?!- chłopak parsknął śmiechem.
- Nie do jakiegoś klanu "ninja". To był klan Suriavi . Tam uczyli nas jak zabijać gołymi rękami. Potrafię też opatrzyć różne rany. 
- Wow... Czyli umiesz te różne sztuki walki? Kung-fu, judo i sumo?
Parsknęła śmiechem.
- Nie, sumo nie umiem. Zresztą, czy wyglądam na wielkiego i grubego faceta w majtkach?- pokręcił głową. - Przecież wiesz, że znam się na walce. Wy także, bo musieliście się nauczyć walczyć. 
Brunetka wzdrygnęła się na samo wspomnienie. Owszem, dużo zyskała podczas roku wśród nich, ale za jaką cenę? Ile wycierpiała, żeby być tym, kim się stała... Widziała ból swoich towarzyszy podczas codziennych ćwiczeń i nie mogła na to w żaden sposób zareagować. Gdyby ruszyła im na pomoc, ucierpiała by jeszcze bardziej. Bash znał każdy centymetr jej ciała, każdą bliznę, ale nie pytał, za co Thea była mu bardzo wdzięczna. To był jej najgorszy rok w życiu, ale powrót do rodziców adopcyjnych i przyznanie się do porażki było o wiele gorsze. Tego nauczyła się po tygodniowej obecności w tym "obozie". Czasem zamykała się w sobie i wracała do tamtego miejsca, aby mieć pewność, że słusznie postąpiła. Słyszała krzyki przerażonych osób i czuła smagnięcia bicza na swojej skórze. Podstawą było nauczenie się bycia samodzielnym, a każdy odstęp od tej zasady, kończyło się publiczną chłostą, która była nauczką dla katowanego, jak i innych. 
- Chciałbym przeżyć to co ty...- głos młodszego brata, wyrwał ją zza dumy.
- Nawet nie wiesz o co prosisz- odparła ochrypłym głosem.- Max... Musimy poważnie porozmawiać.
- Wiem- przytaknął chłopak.- Musimy zdecydować co dalej.
- Nie, to już mamy za sobą. Wasze dobro jest dla mnie najważniejsze. Ale mam plan i... jeśli on nie wypali i ja rzeczywiście zginę, chcę abyś się nimi zajął.
- Co?! Thea! Jak możesz tak mówić! Tobie nic nie będzie, a tak poza tym, to ja jestem fatalnym przywódcą. 
- Musisz zapewnić im immunitety. Każdy z nich musi być bezpieczny- westchnęła.- Jest pewne miejsce... Tam się wybierzemy. Nikt o nic nie pyta, tylko wita cie z otwartymi ramionami. 
Chłopak zmarszczył brwi, nie wiedząc co powiedzieć. Czy ona chciała ich wysłać w bezludne miejsce, aby byli bezpieczni? Przecież to był absurd!
- Co ty chcesz z nami zrobić?
- To jest duży dom, gdzie możemy wszyscy zostać. Uruchomię swoje kontakty i będziemy mogli się tam zatrzymać na stałe. To jest naprawdę piękne miejsce...- zamarzyła się. - To miejsce spodoba im się. Tobie również. Każdy będzie mógł robić dalej to, co kocha. Póki cała sprawa się nie unormuje, musicie trzymać się razem. 
- A co z tobą? Jak im to wszystko wyjaśnisz?
- Zrozumieją po moim odejściu. Na razie wszystko będzie się toczyć tak, jak dawniej. Każdy zajmie się swoimi sprawami, póki nie wrócimy do codzienności. 
- Skąd w ogóle znasz to miejsce?- zapytał Max. Wiedział, iż jego siostra ma na koncie wiele tajemnic, ale żeby posiadać dom? Szczególnie willę?
Uśmiechnęła się do niego zadziornie.
- Nie ty jeden grzebałeś w mojej przeszłości- odparła.- Niektóre elementy są zbyt dobrze schowane. A dom nie należy do mnie... Należy do Izy. No... jeszcze nie, ale za niedługo będzie dumną właścicielką tego domu i kilku innych.- dodała, widząc jego zamieszanie.
- Boże, Thea- jęknął chłopak.- Mogłabyś w końcu mi wszystko wyjaśnić? Mam już dość tych sekretów i zagadek... Jestem twoim bratem! Przynajmniej ze mną powinnaś być szczera!- poskarżył się.
- Oj, Profesorku... Ale nie rozumiesz, że tak jest o wiele ciekawiej? Może i teraz przegraliśmy, ale akcja toczy się o zupełnie inną nagrodę. Nie mów nikomu, ale musimy mieć oko na Izę. Jest więcej warta niż myślisz- powiedziała, po czym wstała, kierując się do środka budynku.
- Gdzie ty idziesz?!- zawołał za nią chłopak, chcąc wyciągnąć z niej jeszcze jakieś informacje. Chociaż wiedział, że jego siostra należy jednocześnie do najpogodniejszych osób, jak i do najtajniejszych. 
- Jadę spotkać się z rodzicami Izy- odparła, po czym zbiegła szybko do garażu, siadając na jednym ze swoich ulubionych motocyklów. 


W pomieszczeniu panował półmrok. Lekkie światło lampki nijako oświetlało otoczenie. Na łóżku leżała dziewczyna, która wciąż słodko spała. Czasami próbowała się poruszyć, a wtedy można było zauważyć ból malujący się na jej twarzy. Chłopak poprawił się na fotelu, jednak nie spuszczał z niej wzroku. Był gotowy w każdej chwili na to, że się obudzi. W pokoju rozniosło się delikatne pukanie. Uniósł głowę na drzwi, przez które przeszedł jego młodszy brat. Spojrzał na leżącą Izę, a jego twarz posmutniała. 
- Co z nią?- zapytał ochrypłym głosem. 
- Już lepiej- odparł Oliver.- Ale wszystko wyjdzie, kiedy się obudzi...- Dziewczyna drgnęła, na co brunet wstał. Usłyszał jej cichy jęk, jednak ona nadal się nie obudziła.
- Chciałem z tobą porozmawiać...- zaczął młodszy, spoglądając na brata. Stęsknił się za nim, a w tym stanie widział go ostatni raz, kiedy ich ojciec umarł. Nie chciał mu powiedzieć o Thei i jej planie... Chociaż powinien. Ale siostra także na niego liczyła... 
- Słucham?- ponaglił go chłopak 
- Thea... Ona pojechała do jej rodziców- powiedział w końcu. Miał nadzieję, że brat mu to wybaczy, gdy prawda wyjdzie na jaw. Bo kiedyś na pewno tak się stanie.
- Co?!- powiedział trochę głośniej niż zamierzał. Jednak, niestety, dziewczyna nadal spała.
- Nie wiem czemu tam pojechała... Ale powiedziała...- znowu się zawahał.
- Co powiedziała?- warknął starszy.
- Musimy na nią uważać. Thea nie chce drugi raz popełnić tego samego błędu. Od tej pory każdy z nas będzie musiał uważać na siebie. Za kilka dni opuścimy to miejsce i chcemy, abyś z nami pojechał. Bo Iza tu nie zostanie- postanowił, bez konsultacji z kimkolwiek. Szczególnie z Theą. 
- Nie zostawię jej- odparł Oliver, powstrzymując łzy przed spłynięciem po policzkach.- Nigdy więcej ciebie, ani Thei nie zostawię. A o bezpieczeństwo Izy sam się zatroszczę.
- Świetnie. W takim razie, ja sprawdzę co z pozostałymi- powiedział, po czym opuścił pokój. 
Chłopak ze zdumieniem odprowadził wzrokiem swojego brata. Fakt, że nie widział się z nim parę lat... ale nigdy nie przypuszczał, że wyrośnie na tak odważnego mężczyznę. Był jeszcze młody, owszem, ale doświadczony życiem. Jedynie czego się bał, to to, że źle na tym skończy, przebywając wśród takich ludzi. Patrząc na Theę i to, gdzie to wszystko ją zaprowadziło...
- Ollie?- usłyszał ochrypły głos. Podszedł do łóżka dziewczyny i ujął ją za rękę.
- Ciii- powiedział.- Jestem tutaj. Już wszystko jest dobrze...- podał jej szklankę z wodą. Zrobiła parę łyków, po czym otworzyła oczy. Były przekrwione od łez. Iskra bólu niemal biła od niej na kilometr. 
- Nic nie jest dobrze- zaprzeczyła, a kolejny łzy spłynęły po jej policzkach.- Oni go zabili- załgała. 
Oliver położył się obok niej, przytulając jej drobne ciało do swojego. Ona teraz potrzebowała tego. Potrzebowała wsparcia i go otrzyma- postanowił. Jęknęła, gdy przesunęła nogą. 
- Co z raną?- zapytała.
- Lepiej. Za parę tygodni nie powinno być po niej śladu- te słowa spowodowały kolejną falę łez u niej. Wiedziała, że blizna będzie prześladować ją przez lata, przypominając o tym dniu. O tym, że straciła ukochanego... 
- On powiedział... On powiedział, że zabije każdego kogo kocham. Zabił Luck'a...
- Nie myśl o tym teraz, Izzy. Musisz odpoczywać.
- Nie, Ollie. On już zabił Luck;a, bo go kochałam. Nie przeżyję, jeśli komuś stanie się krzywda. Tym bardziej jeśli cię stracę...


Rozdział spóźniony  cały do dupy :x Obiecuję, że następny będzie lepszy <3
Nie jestem pewna, ale chyba dobiję do 40 rozdziałów :d
Pozdrawiam
Seo :*

Obserwatorzy