środa, 3 grudnia 2014

Rozdział 35

Samochód z piskiem opon zatrzymał się na podjeździe. Brunetka niemal wyskoczyła z pojazdu.
- Zanieście ją do salki!- krzyknęła i, nie obracając się, pobiegła do środka. Nie wiedziała, czy zdąży, ale za wszelką cenę chciała jej pomóc. Musiała to zrobić dla niej, jak i dla siebie.
Wbiegła do pokoju, kierując się do starego kufra, schowanego pod łóżkiem. O jego obecności wiedział tylko Bash i tak miało pozostać. Błędy przeszłości mąciły jej sumienie, ale chciała o nich zapomnieć. Starała się to zrobić, chociaż nie było łatwo. Chwyciła za klamrę, chcąc go otworzyć i poczuła piekący ból w dłoni. Dopiero teraz przypomniała sobie, iż jej ręka także nie jest w dobrym stanie. Ale to nie było ważne. Przynajmniej nie w tej chwili.
Sięgnęła po małą paczuszkę białego proszku, który zmieszała z suszonymi ziołami. Powstały proszek zaniosła do piwnicy, gdzie znajdowała się Iza. Chłopaki położyli ją na stole.
- Zagotuj wodę- poleciła brunetowi. Ten włączył czajnik, jednak myślami był daleko. Bał się, że może ją stracić.
Thea odwiązała materiał przy jej nodze. Zaklęła w duchu, widząc głębokość rany. Nie była pewna, ale podejrzewała, że wdało się już zakażenie, a połączone z trucizną, nie wróżyło nic dobrego.
- Wymieszaj to z wodą- rzuciła na blat, przygotowany wcześniej proszek. Zajęła się odkażaniem rany. Duża ilość wody utlenionej wymyła wszystkie brudy z jej wnętrza. Brunetka, gazą, usunęła nadmiar wody i krwi. Teraz mogła dobrze przyjrzeć się jej obrażeniom. Wyciągnęła kawałek metalu z jej nogi, po czym ponownie przemyła ranę. Nie wyglądało to za ciekawie. Ale jeszcze nie wszystko było stracone.
- To nie chce się rozpuścić- narzekał chłopak, mieszając zawartość.
- Bo to nie ma się rozpuścić!- krzyknęła, po czym wyrwała mu małą miseczkę z dłoni. Mieszanka stała się bardzo gęsta, przypominając jakąś maść. Delikatnie rozsmarowała ją po ranie i gazie, którą potem przyłożyła do nogi. Wszystko zawiązała bandażem, usztywniając nogę. Dziewczyna podczas tego zabiegu, nawet nie drgnęła.
Brunetka głośno odetchnęła z ulgą.
- Co z nią będzie?- odezwał się jej brat. Odwróciła się do chłopaka, dostrzegając teraz innych w pomieszczeniu. Nie tylko Iza oberwała. Inni także mieli na sobie różnej maści siniaki, zadrapania i inne rany. Dostrzegła także ślad po postrzale na ramieniu Melany. Sięgnęła ponownie do apteczki z której wyciągnęła kilka gaz i szczypce. Wyciągnęła pocisk, obmyła i zabandażowała ranę. Teraz miała ochotę znaleźć się w ramionach Basha, który tuliłby ją i pocieszał. Ale teraz nawet bała się spojrzeć na niego. Wiedziała, że zawaliła. Nie domyśliła się oczywistego i naraziła swoją rodzinę. Jak mogła tego nie dostrzec, wiedząc jakie są relacje Dave i Lucka? Jak mogła się tego wszystkiego nie domyśleć? Mogli iść przecież na kompromis... I nikomu nic by się nie stało. No prawie nikomu...
- Speedy- zaczął jeden ze snajperów.- Co tam się, do diabła, stało?
Wypuściła głośno powietrze, zanim odpowiedziała.- Rozdzielili nas zaraz po wejściu do magazynów. Nie wiem jak to możliwe, ale dostali się na naszą falę radiową i nas zmylili. 
- Ale nikomu nic się nie stało, prawda?
- Złapali nas wszystkich... Ale czemu nas wypuścili?- dobiegł ją zmartwiony głos Basha.
- Bo dostali to czego chcieli- gula w jej gardle znowu się pojawiła. - Zanieście ją do pokoju na górze- poleciła.- Później przyjdę i podłącze jej kroplówkę- powiedziawszy to, po prostu wyszła z pomieszczenia, kierując się na zewnątrz. Fala gorąca biła od niej na kilometr, powodując problemy z oddychaniem. Musiała się przewietrzyć. Poczuć świeże powietrze na skórze. 
Otworzyła balkon, po czym udała się do najbardziej oddalonego miejsca. Usiadła na fotelu, znajdującym się w samym rogu. Była cała roztrzęsiona i jedynie czego teraz pragnęła, to zamknąć się w pokoju i pozwolić łzom wydostać się na zewnątrz.
- Zawaliłam- oznajmiła, wiedząc, że chłopak przyszedł za nią. 
- To nie twoja wina- zaprzeczył niemal od razu. Mógłby jej to powtarzać codziennie, ale ona i tak wiedziała swoje. - Razem wszystko zaplanowaliśmy i razem powinniśmy ponosić konsekwencje. To ja tu jestem najbardziej winny. Ona jest moją siostrą, a ja jej nie ochroniłem...
- Sama cię w to wpakowałam- powiedziałam.- Ja zadarłam z tymi ludźmi i to... Och! Filip! Proszę, zostaw mnie samą... Muszę to wszystko jeszcze raz przemyśleć- zawsze tak robiła po każdej akcji. Wszystko ponownie analizowała, wyszukując błędy, które mogłaby użyć w przyszłości. Zawsze miała wszystko dopasowane do najmniejszych szczegółów. 
- Thea, musisz ze mną porozmawiać- oznajmił.- Wiem, że tam się coś stało. Niby dlaczego nas najpierw pozamykali, a później jakby nigdy nic, po prostu wypuścili? Znalazłaś Dave'a? Rozmawiałaś z nim?- narzucał na nią kolejne pytania, na które nie miała ochoty odpowiedzieć.
- Luck nie żyje- powiedziała oschłym głosem.- O to im właśnie chodziło. Dostali go, więc po co im my? 
Bash otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął, gdy ubiegł go ktoś inny.
- Możesz nas zostawić samych?- zwrócił się do niego.- Muszą napisać protokół...- zaczął, ale blondyn zbył go ruchem dłoni. 
- Pójdę sprawdzić co z Izą- powiedział i wszedł do środka. Wiedział, że nic nie wskóra, ani nie pomoże, gdy Speedy wraz z Profesorem będą pisać jakieś notatki. 
- Słyszałeś naszą rozmowę- stwierdziła, spoglądając na niego. 
- Tą, na której obrzucaliście się nawzajem winą? Czy tą, gdzie chcesz się poświęcić. Serio? Krzesło elektryczne? Gdzie my, kurwa, jesteśmy w jakimś średniowieczu? 
- Nie wyrażaj się- warknęła.
- Thea! Jesteś moją siostrą i nie pozwolę, aby ci się coś stało.
- To jest nas dwóch, bo ja nie chcę, aby coś tobie się stało.
Usiadł obok niej, po czym wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Wsunął jednego do ust i odpalił się. Zamknął na chwilę powieki, zaciągając się jego dymem. Otworzył je jednak, gdy dziewczyna głośno zakaszlała.
- Wiesz, że musisz rzucić palenie bo Oliver zostanie z nami na dłużej? 
- Przyzwyczai się - odparł spokojnie.- Chce żeby z nami został. On i Iza. 
- Zostaną- zapewniła.
- Powiesz im o tym?- zapytał się jej.
- Nie- pokręciła głową.- Nie zgodzą się na to. Bash nie pozwoli mi odejść, a oni was zabiją...
- Uciekniemy przed nimi. Wyjedziemy, ukryjemy się. Może... Może jeśli powiesz im prawdę o sobie, zrozumieją?
Brunetka spojrzała na niego przerażona.
- Skąd ty to wiesz?!
- Ej! To ja ukrywałem wszystkie informacje o tobie. Więc trochę pogrzebałem i... to prawda? To z twoją matką?
- Pytasz się, czy to prawda, że moja matka podcięła mi żyły, a później sama strzeliła sobie w łeb? Proszę- pokazała mu wewnętrzną stronę nadgarstków, gdzie widniały dwie grube szramy. Jej znak przeszłości. 
- I to wszystko przez tego gościa?- Przytaknęła.- A teraz on chce zabić ciebie...
- Bo zniszczyłam jego życie. Zabiłam jego dwóch synów. I mam za swoje, widzisz?- Zaśmiała się bez krzty wesołości. 
Chłopak skończył palić papierosa i wyrzucił peta do popielniczki. 
- A to co zrobiłaś z Izą? 
- Nie odpuścisz?- uśmiechnął się do niej. Wolała mu to sama opowiedzieć, niż jakby miał się dowiedzieć na własną rękę. Patrząc na to z innej perspektywy, mógł zrozumieć to na opak.- W Chinach poznałam dużo osób, które potem znalazły mnie w domu. To dzięki nim uciekłam. Pomagali mi i wyszłam na swoje. Szkolili mnie i uczyli swoich tradycji. Gdy w końcu stanęłam na własne nogi, zobaczyłam, że to nie dla mnie. A ot tak nie można było od nich odejść. Myślałam, że Dave także od nich odszedł... Ale podejrzewam, że to on zostawił ten ślad na jej nodze. To znak zemsty. Zwykle jest to drobne rozcięcie w tym kształcie. Trucizna na ostrzu w ciągu kilku godzin dostanie się do układu krwionośnego i powoduje paraliż całego ciała. My mieliśmy na to lekarstwo i, dzięki Bogu, ja postanowiłam go zachować. To powinno jej pomóc.
- Należałaś do klanu ninja?!- chłopak parsknął śmiechem.
- Nie do jakiegoś klanu "ninja". To był klan Suriavi . Tam uczyli nas jak zabijać gołymi rękami. Potrafię też opatrzyć różne rany. 
- Wow... Czyli umiesz te różne sztuki walki? Kung-fu, judo i sumo?
Parsknęła śmiechem.
- Nie, sumo nie umiem. Zresztą, czy wyglądam na wielkiego i grubego faceta w majtkach?- pokręcił głową. - Przecież wiesz, że znam się na walce. Wy także, bo musieliście się nauczyć walczyć. 
Brunetka wzdrygnęła się na samo wspomnienie. Owszem, dużo zyskała podczas roku wśród nich, ale za jaką cenę? Ile wycierpiała, żeby być tym, kim się stała... Widziała ból swoich towarzyszy podczas codziennych ćwiczeń i nie mogła na to w żaden sposób zareagować. Gdyby ruszyła im na pomoc, ucierpiała by jeszcze bardziej. Bash znał każdy centymetr jej ciała, każdą bliznę, ale nie pytał, za co Thea była mu bardzo wdzięczna. To był jej najgorszy rok w życiu, ale powrót do rodziców adopcyjnych i przyznanie się do porażki było o wiele gorsze. Tego nauczyła się po tygodniowej obecności w tym "obozie". Czasem zamykała się w sobie i wracała do tamtego miejsca, aby mieć pewność, że słusznie postąpiła. Słyszała krzyki przerażonych osób i czuła smagnięcia bicza na swojej skórze. Podstawą było nauczenie się bycia samodzielnym, a każdy odstęp od tej zasady, kończyło się publiczną chłostą, która była nauczką dla katowanego, jak i innych. 
- Chciałbym przeżyć to co ty...- głos młodszego brata, wyrwał ją zza dumy.
- Nawet nie wiesz o co prosisz- odparła ochrypłym głosem.- Max... Musimy poważnie porozmawiać.
- Wiem- przytaknął chłopak.- Musimy zdecydować co dalej.
- Nie, to już mamy za sobą. Wasze dobro jest dla mnie najważniejsze. Ale mam plan i... jeśli on nie wypali i ja rzeczywiście zginę, chcę abyś się nimi zajął.
- Co?! Thea! Jak możesz tak mówić! Tobie nic nie będzie, a tak poza tym, to ja jestem fatalnym przywódcą. 
- Musisz zapewnić im immunitety. Każdy z nich musi być bezpieczny- westchnęła.- Jest pewne miejsce... Tam się wybierzemy. Nikt o nic nie pyta, tylko wita cie z otwartymi ramionami. 
Chłopak zmarszczył brwi, nie wiedząc co powiedzieć. Czy ona chciała ich wysłać w bezludne miejsce, aby byli bezpieczni? Przecież to był absurd!
- Co ty chcesz z nami zrobić?
- To jest duży dom, gdzie możemy wszyscy zostać. Uruchomię swoje kontakty i będziemy mogli się tam zatrzymać na stałe. To jest naprawdę piękne miejsce...- zamarzyła się. - To miejsce spodoba im się. Tobie również. Każdy będzie mógł robić dalej to, co kocha. Póki cała sprawa się nie unormuje, musicie trzymać się razem. 
- A co z tobą? Jak im to wszystko wyjaśnisz?
- Zrozumieją po moim odejściu. Na razie wszystko będzie się toczyć tak, jak dawniej. Każdy zajmie się swoimi sprawami, póki nie wrócimy do codzienności. 
- Skąd w ogóle znasz to miejsce?- zapytał Max. Wiedział, iż jego siostra ma na koncie wiele tajemnic, ale żeby posiadać dom? Szczególnie willę?
Uśmiechnęła się do niego zadziornie.
- Nie ty jeden grzebałeś w mojej przeszłości- odparła.- Niektóre elementy są zbyt dobrze schowane. A dom nie należy do mnie... Należy do Izy. No... jeszcze nie, ale za niedługo będzie dumną właścicielką tego domu i kilku innych.- dodała, widząc jego zamieszanie.
- Boże, Thea- jęknął chłopak.- Mogłabyś w końcu mi wszystko wyjaśnić? Mam już dość tych sekretów i zagadek... Jestem twoim bratem! Przynajmniej ze mną powinnaś być szczera!- poskarżył się.
- Oj, Profesorku... Ale nie rozumiesz, że tak jest o wiele ciekawiej? Może i teraz przegraliśmy, ale akcja toczy się o zupełnie inną nagrodę. Nie mów nikomu, ale musimy mieć oko na Izę. Jest więcej warta niż myślisz- powiedziała, po czym wstała, kierując się do środka budynku.
- Gdzie ty idziesz?!- zawołał za nią chłopak, chcąc wyciągnąć z niej jeszcze jakieś informacje. Chociaż wiedział, że jego siostra należy jednocześnie do najpogodniejszych osób, jak i do najtajniejszych. 
- Jadę spotkać się z rodzicami Izy- odparła, po czym zbiegła szybko do garażu, siadając na jednym ze swoich ulubionych motocyklów. 


W pomieszczeniu panował półmrok. Lekkie światło lampki nijako oświetlało otoczenie. Na łóżku leżała dziewczyna, która wciąż słodko spała. Czasami próbowała się poruszyć, a wtedy można było zauważyć ból malujący się na jej twarzy. Chłopak poprawił się na fotelu, jednak nie spuszczał z niej wzroku. Był gotowy w każdej chwili na to, że się obudzi. W pokoju rozniosło się delikatne pukanie. Uniósł głowę na drzwi, przez które przeszedł jego młodszy brat. Spojrzał na leżącą Izę, a jego twarz posmutniała. 
- Co z nią?- zapytał ochrypłym głosem. 
- Już lepiej- odparł Oliver.- Ale wszystko wyjdzie, kiedy się obudzi...- Dziewczyna drgnęła, na co brunet wstał. Usłyszał jej cichy jęk, jednak ona nadal się nie obudziła.
- Chciałem z tobą porozmawiać...- zaczął młodszy, spoglądając na brata. Stęsknił się za nim, a w tym stanie widział go ostatni raz, kiedy ich ojciec umarł. Nie chciał mu powiedzieć o Thei i jej planie... Chociaż powinien. Ale siostra także na niego liczyła... 
- Słucham?- ponaglił go chłopak 
- Thea... Ona pojechała do jej rodziców- powiedział w końcu. Miał nadzieję, że brat mu to wybaczy, gdy prawda wyjdzie na jaw. Bo kiedyś na pewno tak się stanie.
- Co?!- powiedział trochę głośniej niż zamierzał. Jednak, niestety, dziewczyna nadal spała.
- Nie wiem czemu tam pojechała... Ale powiedziała...- znowu się zawahał.
- Co powiedziała?- warknął starszy.
- Musimy na nią uważać. Thea nie chce drugi raz popełnić tego samego błędu. Od tej pory każdy z nas będzie musiał uważać na siebie. Za kilka dni opuścimy to miejsce i chcemy, abyś z nami pojechał. Bo Iza tu nie zostanie- postanowił, bez konsultacji z kimkolwiek. Szczególnie z Theą. 
- Nie zostawię jej- odparł Oliver, powstrzymując łzy przed spłynięciem po policzkach.- Nigdy więcej ciebie, ani Thei nie zostawię. A o bezpieczeństwo Izy sam się zatroszczę.
- Świetnie. W takim razie, ja sprawdzę co z pozostałymi- powiedział, po czym opuścił pokój. 
Chłopak ze zdumieniem odprowadził wzrokiem swojego brata. Fakt, że nie widział się z nim parę lat... ale nigdy nie przypuszczał, że wyrośnie na tak odważnego mężczyznę. Był jeszcze młody, owszem, ale doświadczony życiem. Jedynie czego się bał, to to, że źle na tym skończy, przebywając wśród takich ludzi. Patrząc na Theę i to, gdzie to wszystko ją zaprowadziło...
- Ollie?- usłyszał ochrypły głos. Podszedł do łóżka dziewczyny i ujął ją za rękę.
- Ciii- powiedział.- Jestem tutaj. Już wszystko jest dobrze...- podał jej szklankę z wodą. Zrobiła parę łyków, po czym otworzyła oczy. Były przekrwione od łez. Iskra bólu niemal biła od niej na kilometr. 
- Nic nie jest dobrze- zaprzeczyła, a kolejny łzy spłynęły po jej policzkach.- Oni go zabili- załgała. 
Oliver położył się obok niej, przytulając jej drobne ciało do swojego. Ona teraz potrzebowała tego. Potrzebowała wsparcia i go otrzyma- postanowił. Jęknęła, gdy przesunęła nogą. 
- Co z raną?- zapytała.
- Lepiej. Za parę tygodni nie powinno być po niej śladu- te słowa spowodowały kolejną falę łez u niej. Wiedziała, że blizna będzie prześladować ją przez lata, przypominając o tym dniu. O tym, że straciła ukochanego... 
- On powiedział... On powiedział, że zabije każdego kogo kocham. Zabił Luck'a...
- Nie myśl o tym teraz, Izzy. Musisz odpoczywać.
- Nie, Ollie. On już zabił Luck;a, bo go kochałam. Nie przeżyję, jeśli komuś stanie się krzywda. Tym bardziej jeśli cię stracę...


Rozdział spóźniony  cały do dupy :x Obiecuję, że następny będzie lepszy <3
Nie jestem pewna, ale chyba dobiję do 40 rozdziałów :d
Pozdrawiam
Seo :*

1 komentarz:

  1. Nie może być tak, że pod którymkolwiek twoim wpisem nie ma komentarza. To nie pomaga w pisaniu więc jestem i ja i najzwyczajniej w świecie nie wiem co napisać. To tak zagmatwana historia dająca do myślenia i ukazująca prawdziwe problemy narkotyki śmierć, problemy z rodzicami, dziecko naprawdę podziwiam cie za to opowiadanie bo nie wiem czy byłabym w stanie coś takiego napisać. Szkoda mi Izy, Oliviera no wszystkich nikt z nich nie prosił o tak chujowe życie i to jest najprawdziwsze w tej całej historii.
    Kisses
    PS nie wiem czy ten komentarz ma sens ale wiedz, że jestem i jak zobaczyłam "Brak komentarzy" to...no to się bardzo zdenerwowałam.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy